Nic tak nie ożywia jak trup

Nic tak nie ożywia jak trup

Ta zasada, sformułowana przed laty przez klasyczkę literatury kryminalnej Agatę Christie, jest na naszych oczach potwierdzana na wiele sposobów.
Kiedyś Giedroyc twierdził, że polską polityką rządzą dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego. Już nie rządzą. Od dwóch lat polską polityką rządzą trumny smoleńskie.
Jeden z moich zacnych profesorów tak mnie kiedyś pouczał: „Jeśli ktoś twierdzi, że dwa razy dwa równa się pięć, to go przekonuj, że się myli. Tłumacz, pokazuj na palcach… Ale jeśli ktoś twierdzi, że dwa razy dwa równa się kaloryfer, to się nie wdawaj w dyskusję. Uśmiechnij się uprzejmie i uciekaj”.
Ta rada okazuje się nieaktualna. Mogę ostatecznie do posła Macierewicza uprzejmie się uśmiechnąć, ale gdzie mam uciekać? Emigrować na stare lata mi się nie chce.
Najważniejsze wydarzenia ostatnich tygodni to pomylenie zwłok z katastrofy smoleńskiej i marsz w obronie (?) Telewizji Trwam. Jedno i drugie dało pretekst do ataku prawicy na rząd i na zdrowy rozsądek przy okazji.
Pomylenie zwłok przy katastrofie lotniczej, w której ginie prawie 100 osób, jest regułą. Tyle że zazwyczaj zwłoki po identyfikacji (trafnej lub mylnej) składa się do trumien, które są lutowane, plombowane i nie wolno już ich otwierać. Po znanej katastrofie małego samolotu pasażerskiego pod Zawoją pod koniec lat 60. pochowano o trzy trumny więcej, niż było ofiar, bo tyle szczątków ciał, w tym kończyn, zostało i nie udało się ich nikomu przypisać. Zwłoki z grubsza skompletowane i jako tako zidentyfikowane wydawano rodzinom w zalutowanych trumnach, których otwierania zabroniono. Jest bardzo prawdopodobne, że niektóre identyfikacje były błędne. Ale to w takich sytuacjach niestety norma. Kto widział zmiażdżone, rozkawałkowane ciała ofiar wypadku lotniczego albo chociaż ich zdjęcia, wie, o czym mówię. Wie, że nawet najbliższa rodzina może zwłoki błędnie rozpoznać. No właśnie. Ale to jest tłumaczenie, że dwa razy dwa nie jest pięć, a tu by trzeba, że dwa razy dwa nie równa się kaloryfer. Tego się nie da wytłumaczyć.
Inna sprawa, że po katastrofie popełniono szereg błędów. Można je tłumaczyć tym, że był to szok, stres, zdarzenie tak nadzwyczajne, że trudno było stosować jakieś procedury, bo nikt nie ma gotowych zasad postępowania na przypadek, gdy jednocześnie ginie prezydent i część elity państwowej, w tym całe dowództwo wojskowe. Wszyscy byli zaskoczeni sytuacją, a wtedy i o błędy łatwo. Uczciwie trzeba przyznać, że tych błędów popełniono niespodziewanie mało. Państwo zdało ten trudny egzamin, w nadzwyczajnych, w najwyższym stopniu traumatycznych okolicznościach działało sprawnie. Największym błędem władz było oddanie hierarchii kościelnej inicjatywy w sprawie pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Ale były i inne błędy, drobniejsze, i nie ma co udawać, że ich nie popełniono. Choćby po to, by ich uniknąć na przyszłość. Jestem pełen uznania dla pani marszałek Kopacz za jej postawę po katastrofie i działania w Moskwie, za jej emocje, zaangażowanie i poświęcenie. Ale nie takiego heroizmu oczekuję od ministra rządu, raczej kompetencji i chłodnego dystansu do sprawy. Co po poświęceniu pani minister, skoro do badań zwłok wzięto z Polski anatomopatologów czy patomorfologów, a nie medyków sądowych. Przecież tylko ci ostatni mają doświadczenie w identyfikacji zmasakrowanych zwłok (dla patomorfologów to też była nowość), w zabezpieczaniu śladów, w sekcjach sądowych. Gdyby w Moskwie byli polscy medycy sądowi, może pomyłek byłoby mniej, może badania zostałyby wykonane bardziej fachowo?
Ale krzyczeć, że pani marszałek Kopacz powinna przestać być marszałkiem Sejmu, odejść z polityki? To właśnie twierdzenie, że dwa razy dwa równa się kaloryfer. Znów – można się uprzejmie uśmiechnąć, ale uciekać nie ma gdzie!
W Warszawie grubo ponad 100 tys. ludzi formalnie demonstrowało poparcie dla Telewizji Trwam, a faktycznie manifestowało przeciw polskiemu porządkowi prawnemu i przeciw państwu.
Telewizja Trwam nie dostała miejsca na multipleksie nie w wyniku czyjejś decyzji politycznej, ale z powodu decyzji organu państwowego, jakim jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, a decyzja tego organu została uznana za podjętą prawidłowo przez sąd administracyjny. Telewizja Trwam nie spełniła określonych przez prawo warunków i zgodnie z prawem miejsca na platformie dostać nie mogła. Prawicowi demagodzy (także z wielu ambon) demonstrację nawołującą do nieprzestrzegania prawa nazywali manifestacją w obronie… wolności słowa.
PiS wespół z ojcem dyrektorem demoluje państwo, przy akceptacji znacznej części hierarchii kościelnej.
Ja z kimś, kto mówi, że dwa razy dwa jest kaloryfer, nie dyskutuję. Ale rząd musi! Tymczasem rządu nie ma, jest w głębokiej defensywie, a jego minister sprawiedliwości głosi tezy współgrające z ideą manifestacji – ma literę prawa w nosie. Rydzyk i inni organizatorzy manifestacji też. I może to jest ta przyczyna nieszczęścia?

Wydanie: 41/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy