Partyjna niegospodarność

Partyjna niegospodarność

Można źle gospodarować surowcami, można źle kapitałami, można też niestety ludźmi. Ten ostatni rodzaj niegospodarności jest bodaj najbardziej szkodliwy. W roku 1989 nie mieliśmy w Polsce innych elit politycznych niż te wychowane w PRL. Część z nich była skompromitowana, część zwyczajnie nie rozumiała nowych czasów, nie potrafiła funkcjonować w świecie gospodarki wolnorynkowej i demokracji. Nie rozumiała, co to znaczy rządzić bez cenzury, policji politycznej, monopolu medialnego.
Ale i druga strona nie bardzo była przygotowana do rządzenia. Częściej umiała krytykować, wytykać błędy, ale sama też rządzić nie umiała. Nic dziwnego, niby gdzie i od kogo się miała nauczyć? Sama najogólniej zarysowana wizja Polski była niejasna. Wolna, ale to znaczy jaka? Dostatnia – ale jak do tego dojść? Wolna będzie, gdy zlikwiduje się SB i wyprowadzi wojska radzieckie. Do tego często ograniczał się pozytywny program polityczny. Dostatnia, „gdy zabierze się pieniądze z MSW i MON i da ludziom”. Ten ostatni idiotyzm powtarzany był z całą powagą nie tylko na wiecach, lecz także na rozmaitych poważnych zgromadzeniach. Hasło „Socjalizm – tak, wypaczenia – nie!” powtarzane było zupełnie szczerze, choć dziś niektórzy twierdzą, że nie było to szczere, nie odzwierciedlało marzeń, tylko miało uśpić czujność przeciwnika. Guzik prawda. Pomijam już to, że skrajna prawica, dziś tak antykomunistyczna i najchętniej rozliczająca za okres PRL, opowiadała się za utrzymaniem Układu Warszawskiego. Nikt nawet nie marzył o członkostwie w NATO, neutralność na kształt Finlandii to był szczyt marzeń.
Z braku zawodowych polityków, do Sejmu, Senatu, do rządu szli dziennikarze, artyści, naukowcy. Dla większości z nich było to pierwsze spotkanie z polityką i pierwsze doświadczenie w rządzeniu. Część z nich w polityce została, choć niekoniecznie objawiła swe polityczne talenty. Choć i takich talentów nie brakło. Część wróciła do swych poprzednich zajęć. Ale przez ostatnich 20 lat w życie polityczne weszło 20 roczników absolwentów szkół wyższych. Mamy nieporównanie więcej niż przed 1989 r. ludzi młodych, dobrze wykształconych, znających języki i świat. Wciąż mam nadzieję, że zaczną się oni pojawiać w polityce, gdzie ciągle jest ich bardzo, bardzo mało. Częściej wybierają kariery biznesowe, szukają zatrudnienia w renomowanych zagranicznych firmach, zakładają własne biznesy, kancelarie. Albo emigrują. Nie mam do nich pretensji. W ostatnich latach politycy zrobili dostatecznie dużo, by przekonać ludzi, że polityka jest miejscem, gdzie załatwia się prywatne, co najwyżej może partyjne interesy, gdzie wszystkie metody są dozwolone.
Gdyby ktoś zrobił w Polsce takie badania, z czym kojarzy się słowo polityka, odpowiadano by zapewne, że z korupcją, aferami, spiskami. Nie wiem, czy co setny badany kojarzyłby politykę ze służbą dla dobra wspólnego. Czy można się dziwić młodym ludziom, mającym przed sobą perspektywy zawodowe, że nie garną się do polityki? Ja się im nie dziwię, choć bardzo żałuję, że jest ich w polityce tak mało.
Ale też przez tych 20 lat pojawiło się w naszej polityce wielu znakomitych zawodowców, ludzi utalentowanych i kompetentnych. Znaczna ich część zniknęła z polityki, robiąc miejsce trzecioligowym działaczom kolejnej partii rządzącej.
Czy to nie dziwne, że Włodzimierz Cimoszewicz, który, jak wynika z wszystkich niemal sondaży, mógłby być jednym z najpoważniejszych kandydatów do Pałacu Prezydenckiego, jako niezależny senator błąka się gdzieś po obrzeżach sceny politycznej?
Czy nie szkoda, aby wybitny, doświadczony dyplomata, jakim jest Iwo Byczewski, który w III Rzeczypospolitej był ambasadorem i wiceministrem spraw zagranicznych, znajdował się poza służbą dyplomatyczną i prowadził jakąś firmę zajmującą się bodajże utylizacją odpadów? Nie wiem, ilu ludzi bardziej kompetentnych zatrudnia obecnie nasza dyplomacja, ale sądząc po efektach, chyba niewielu.
Czy nie szkoda, by Zbigniew Siemiątkowski, człowiek niepodważalnych zasług dla Polski i dla polskiej lewicy, później kierujący przez lata polskimi służbami specjalnymi, nie był potrzebny nawet kolegom z SLD? Nie mówiąc już o rządzących dziś, którzy akurat ze służbami mają stale kłopoty, nie potrafiąc nad nimi zapanować. Na szczęście Siemiątkowski nie utylizuje odpadów, poświęcił się pracy naukowej, wydając ostatnio ważną książkę „Wywiad a władza”. Może ci, którzy nie chcą korzystać z jego wiedzy i doświadczenia wprost, skorzystają pośrednio, czytając tę książkę, z której dużo się mogą nauczyć?
Podałem te trzy przykłady. Każdy interesujący się polityką bez trudu mógłby tę listę dowolnie wydłużyć. Dlaczego tak lekko pozbywamy się z polityki ludzi kompetentnych i sprawdzonych? Dlaczego jesteśmy tak niegospodarni w gospodarowaniu kadrami? Winne są przede wszystkim partie polityczne. Partie, które stanowią ważny element demokratycznego ładu w państwie, same są niedemokratyczne. Zarządzane są po wodzowsku. To lider decyduje o najważniejszych sprawach, to on ustala listy wyborcze i kolejność na listach. To on decyduje o tym, jak ma głosować klub poselski w Sejmie. Przed wyborami wszystkie partie deklarują, że mają bogaty program i „szuflady pełne projektów ustaw”. Po wyborach okazuje się to nieprawdą. Większość dotacji, jakie partie otrzymują z budżetu, wydawana jest bezpośrednio lub pośrednio na kampanie wyborcze, czyli na propagandę. Na ekspertyzy, na prace studyjne pieniędzy nie ma.
Nasze partie nie mają z reguły zaplecza intelektualnego, zespołów ekspertów, w których mogłyby zatrudnić tych spośród swoich działaczy, którzy przeszli przez stanowiska państwowe, nabyli doświadczenia, a teraz odchodząc z pierwszej linii, mogliby być jako eksperci czy nawet ideolodzy przydatni dla młodszych kolegów. A przede wszystkim brak u nas chęci stworzenia korpusu bezpartyjnych, apolitycznych fachowców, którzy z powodzeniem mogliby zajmować wysokie stanowiska państwowe niezależnie od tego, która partia aktualnie wygrała wybory. Partie polityczne nie są zainteresowane korpusem służby cywilnej, jeśli już muszą, to godzą się, by był on odpowiednio wąski, by jak najwięcej stanowisk było do rozdania wśród partyjnych kolegów w razie wygranych wyborów. Tak partyjni wodzowie wynagradzają swych żołnierzy. I dlatego państwo definiują jako zbiór posad, a politykę jako sztukę zdobycia władzy. Do zdobycia władzy, a nawet jej utrzymania nie są potrzebni fachowcy. Są potrzebni wierni żołnierze. Dlatego nikt nie mówi o służbie dla dobra wspólnego. Bo dobro partyjne nie jest dobrem wspólnym. „Partia” znaczy przecież część.

Wydanie: 5/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy