Wejść tam, skąd ucieka PO

Wejść tam, skąd ucieka PO

Z SLD wszyscy mają kłopot. Politycy, analitycy, media, a przede wszystkim sami wyborcy. No bo jak z tą partią jest? Niedawno obchodziła 10-lecie. A to po 1989 r. samo w sobie jest już osiągnięciem, bo nikt, poza PSL, nie może się pochwalić takim stażem. Kolejne partie, nawet gdy osiągały sukcesy, jak chociażby AWS, rozpadały się w momentach porażek i kryzysów wewnętrznych. Wiatry wywiewały elektorat i partie przechodziły do historii. Partie tak, ale ich liderzy i działacze, nie. Zmieniali szyldy i pod nowymi nazwami znowu zaczynali wspinaczkę. Jak wańka-wstańka. Przykłady PO i PiS pokazują, że ten wariant można ćwiczyć prawie w nieskończoność, bo wyborcy dość szybko tracą cierpliwość do kolejnych władz, ale też szybko zapominają o swoich pretensjach. Przykładem polityka, który wystąpi pod każdym szyldem, byle jego było na górze, jest Richard Henry Francis Czarnecki. Człowiek, który może o sobie powiedzieć: „sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. Jeszcze niedawno radował się publicznie z tego, że Państwowa Komisja Wyborcza zarejestrowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego Różę Thun-Woźniakowską jako Różę Marię Gräfin von Thun und Hohenstein. Teraz, gdy komisja podała jego londyńskie imiona, Czarnecki dostał od losu nauczkę. Choć znacznie lepszą byłoby skreślenie go przez wyborców. Nawet PiS stać przecież na mądrzejszych kandydatów.

Dowodem krótkiej pamięci wyborców jest z kolei Marian Krzaklewski, były szef „Solidarności”, twórca AWS i kandydat na prezydenta RP. W 2000 r. lider wszystkich list najbardziej nielubianych polityków. Minęło dziewięć lat, a Krzaklewski jest lokomotywą PO na Podkarpaciu. Z szansami na wybór. W Polsce tylko SLD nie zmienił szyldu. Po tym jak w wyborach w 2001 r. Sojusz pobił rekord poparcia wyborczego dla jednej partii, uzyskując ponad 40% głosów, a po czterech latach spadł poniżej 10%, wydawało się, że podobnie, jak to się stało z AWS i innymi partiami, SLD skończy swój żywot. I zamieni się w nowy projekt polityczny. Logiczne było wówczas pytanie, nie czy SLD podzieli los AWS, tylko kiedy to się stanie. I co z Sojuszu wypączkuje? Kto stanie na czele odnowy i przybije gwoździe do nowego szyldu? Nic takiego się nie stało, choć prób było kilka. Z LiD na czele. Najdalej idącą i dającą, jak sądzę, największe szanse na budowę silnej formacji lewicowej. Co z tego wyszło? Wiadomo.
Wybory do Parlamentu Europejskiego, do których lewica idzie podzielona, zweryfikują możliwości wszystkich partii i ruchów lewicowych. Cezurą będzie dla nich wejście do Parlamentu Europejskiego. Niezależnie jednak od tych wyborów pojawia się coraz więcej sygnałów świadczących o tym, że wyborcy o poglądach lewicowych, a jest ich w Polsce dobrze ponad 30%, zaczynają się coraz niecierpliwiej rozglądać za partią, którą z przekonaniem mogliby poprzeć. Partią lewicową, ale otwartą na centrum. Partią, która zrobi to, od czego ucieka Platforma Obywatelska, czyli zaproponuje Polakom program państwa laickiego, rynkowo egalitarnego, serio traktującego równość szans i równość praw. Na taką lewicę czeka wielu wyborców. Na lewicę nieszukającą przeciwnika po lewej stronie. Spierającą się o wartości. Mającą szacunek do własnych dokonań i życiorysów. Że jest to możliwe, pokazało spotkanie na Rozbrat z udziałem większości historycznych liderów SLD. W tym składzie spotkali się po raz pierwszy od dawna. I nie dość, że sensownie mówili, to jeszcze wspólnie zjedli po kaszance. A jak wiadomo, kaszanka zawsze lewicę łączyła.

Wydanie: 21/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy