Luksusowi urzędnicy

Luksusowi urzędnicy

W Polsce rośnie nie tylko kurs dolara. W piórka obrasta także coraz potężniejsza warstwa biurokratyczna. Coraz liczniejsza tam, gdzie sięgają państwowe urzędy, fundusze, agencje czy fundacje. Mości sobie wygodne, dobrze płatne miejsca, przytulona do państwowych pieniędzy. Do państwowych, czyli naszych, płaconych w formie podatków.
Administracja centralna w okresie od 1990 do 1998 roku wzrosła z 46 do 126 tysięcy pracowników. Proszę pokazać pozaprodukcyjną dziedzinę, gdzie zatrudnienie wzrosłoby prawie trzykrotnie.
Błyskawicznie rozrasta się też administracja samorządowa. I proporcjonalnie do wzrostu przysparza coraz więcej kłopotów. Jedną z najważniejszych przyczyn głębokiego spadku zaufania do władzy jest sposób, w jaki sprawują swoje funkcje urzędnicy różnych szczebli. U podstaw większości patologicznych zjawisk w administracji leży bądź nieuczciwość, bądź zła organizacja. Prawdziwe spustoszenie w mentalności zarówno urzędników, jak i petentów spowodowała całkowicie woluntarystyczna interpretacja hasła “Co nie jest zabronione, jest dozwolone”.
Wielu, niestety, zbyt wielu reprezentantów państwa nie ma pojęcia, co w istocie składa się na funkcje państwa prawa. Gdyby naszych urzędników zapytać o elementarne zasady funkcjonowania państwa demokratycznego i rolę urzędnika państwowego lub samorządowego w systemie demokratycznym, mieliby duże problemy z precyzyjną odpowiedzią. A takie zasady, jak służebność, przedkładanie dobra publicznego nad interesy osobiste i lojalność wobec własnego stanowiska, odpowiedzialność za środki publiczne, neutralność polityczna, przejrzystość działania, uznaliby za niczemu nie służące pustosłowie. Każdy, kto w praktyce zetknął się z urzędami zachodnimi, wie, że język komunikowania się urzędnika francuskiego czy brytyjskiego nie jest językiem urzędnika polskiego.
Kim są ludzie, którzy masowo w ostatnich latach trafili do administracji? Skąd się rekrutują? Jakie mają kwalifikacje? Ile zarabiają? Prawie trzy lata rządów AWS i UW pogrzebały ledwie kiełkującą ideę tworzenia korpusu fachowych, apolitycznych urzędników. Wśród kilkudziesięciu tysięcy nowych posad większość potraktowano jak łup wyborczy i obsadzono nie fachowcami, a politycznymi sympatykami, politykami trzeciej i czwartej kategorii. Bardzo często są to ludzie bez wymaganych kwalifikacji zawodowych i elementarnego doświadczenia w zakresie sprawowanych funkcji. Są to po prostu dyspozycyjni wykonawcy dyrektyw swoich partii lub grup towarzysko-biznesowych. Bardzo często jedyną ich zaletą jest to, że znaleźli się przy drzwiach windy w momencie, gdy zaczynała jechać do góry.
Jak na tę sytuację reagują zwykli ludzie? Ponieważ nie mają wpływu na zachowania i postawy urzędników, swoją frustrację przenoszą na całą klasę polityczną. Spada też zaufanie do państwa jako wspólnoty politycznej i obywatelskiej.
Jakie są przyczyny tego kryzysu? Przykład idzie z góry. W rządzie Jerzego Buzka 112 osób zajmuje stanowiska ministerialne, a kancelaria premiera bije rekordy zatrudnienia. Proszę to sobie przez moment wyobrazić. Aż 112 osób, do których mówimy “pani minister” bądź “panie ministrze”, troszczy się o nasz los. I pomyśleć, że dzieje się to w kraju, który ogłosił program głębokiej decentralizacji władzy. I na dodatek pod rządami AWS, która wygrała wybory pod hasłem “Władzę przekażemy ludziom”. Za armią ministrów idzie armia dyrektorów generalnych, wicedyrektorów, doradców, głównych specjalistów itp. Buduje się luksusowe siedziby władz powiatowych, urzędów marszałkowskich i kas chorych. Kupuje drogie samochody i ekskluzywne meble. Jeździ na koszt państwa do najbardziej egzotycznych krajów świata. Ta rażąca rozrzutność i marnotrawstwo publicznych pieniędzy odbywają się na oczach osłupiałej publiczności. Nie tak przecież miało być! Jeszcze chwila, a publiczność zażąda zmiany całej rządzącej ekipy, nie tylko aktorów, ale i dyrektora.

Wydanie: 19/2000

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy