My, konsumenci

Wygląda na to, że przy końcu 2003 r., po 14 latach kapitalistycznej transformacji, dopłynęliśmy w końcu do wymarzonego portu i staliśmy się społeczeństwem konsumpcyjnym.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy, a nawet większość społeczeństwa ma co konsumować. Statystyki pokazują, że liczba rodzin znajdujących się na granicy ubóstwa nie zmniejszyła się, lecz wzrosła. Przeistoczenie się w społeczeństwo konsumpcyjne nie oznacza bowiem wcale, jak wydawało nam się kiedyś, powszechnego dobrobytu, lecz po prostu przyjęcie nowych miar społecznych, nowych hierarchii wartości i nowych postaw etycznych. Jest ono, zwłaszcza w Polsce, bardziej aktem świadomości niż rzeczywistością materialną.
Przykładem tego może być miniony okres świąteczny. Jeszcze niedawno święta Bożego Narodzenia rozumiane były przede wszystkim jako mocno osadzone w tradycji narodowej święto religijne, o jasno ustalonym przebiegu i wyraźnie zakodowanej symbolice. Święta zaczynały się od Wigilii, czyli czuwania, poprzedzającego rozpoczynający się o północy właściwy dzień Bożego Narodzenia, po którym następował tzw. drugi dzień świąt, służący wypoczynkowi. Okres poprzedzający dzień wigilijny był w krajach katolickich nie tylko okresem postu, ale także rozmaitych wyrzeczeń, do których należał także dość ściśle przestrzegany zakaz śpiewania kolęd, które rozbrzmiewać mogły dopiero po zapaleniu się pierwszej gwiazdki na wigilijnym niebie. Zsynchronizowane było to także z zapaleniem choinkowych świeczek, których również nie godziło się zapalać wcześniej. Zasady te wpajano mi starannie w szkole klasztornej, do której uczęszczałem, ale rytmowi temu, wyprowadzonemu z nauk religijnych, podporządkowywali się także ludzie niewierzący, traktując go jako część narodowego obyczaju.
Otóż obecnie świąt Bożego Narodzenia nie poprzedza zniesiony decyzją kościelną post, ale też rozpoczynają się one nie wiadomo kiedy, w każdym razie na kilka tygodni przed ich kalendarzową datą, co poznać można zarówno po umieszczanych gdzie się da przystrojonych i zapalonych choinkach, jak i po dobiegających zewsząd kolędowych pieniach. Synonimem świąt Bożego Narodzenia, używanym w mediach, jest obecnie zwrot „świąteczny szał zakupów”, a cały okres świąteczny jest świętem konsumpcji, z czym opisana w Ewangelii historia narodzin, stanowiąca apologię ubóstwa, niewiele ma wspólnego.
Ta przemiana charakteru świąt jest oczywiście fragmentem o wiele szerszej przemiany świadomości, oznaczającej nastawanie społeczeństwa konsumpcyjnego. Jest to nastawanie formacji, w której jednostka ludzka, przedstawiana dotychczas w państwach demokratycznych jako obywatel, przypisana została do nowej roli, jaką jest rola konsumenta. Tak jak społeczną rolą obywatela były współrządzenie i współodpowiedzialność za państwo, społeczną rolą konsumenta jest kupowanie i współodpowiedzialność za rynek. Ten, który kupuje, nie tylko pomnaża swój stan posiadania, ale także napędza rozwój ekonomiczny. Udział w konsumpcji wyznacza więc zarówno wartości osobowe, jak i społeczne. Ten, kto konsumuje więcej, zyskuje szacunek nie tylko dlatego, że jest bogatszy osobiście, ale ponieważ jego bogactwo jest świadectwem pozytywnej roli społecznej jako tego, który bardziej niż inni przyczynił się do ożywienia rynku. I na odwrót, jednostki, które z racji swego ubóstwa minimalnie uczestniczą w konsumpcji, traktowane są nie tylko jako pewien kłopot społeczny, ponieważ nie ożywiają rynku, ale uważa się je także za upośledzone i aspołeczne, ponieważ nie wykazują dość determinacji, aby sprostać swojej roli konsumenta.
Ta zmiana etosu jest owocem nowej sytuacji świata, w którym decydującą rolę odgrywają dziś nie państwa narodowe, które potrzebują obywateli, lecz ponadnarodowe korporacje, które potrzebują konsumentów.
W badaniach nad konsumpcją jako nakazem etycznym współczesnego świata krzyżuje się kilka poglądów. Najradykalniejsza w tym względzie szkoła postmarksistowska twierdzi, że konsumeryzm jest najpowszechniejszą obecnie formą wyzysku, która przy pomocy takich narzędzi jak reklama, presja społeczna i wciskane zewsząd wzorce osobowe zmusza ludzi pracy do wyzbywania się swoich oszczędności, a także zapędza ich w paraliżujące sytuacje zadłużenia, czemu służą systemy ratalne i kredytowe. Człowiek zadłużony, którym jest dziś praktycznie niemal każdy konsument, w obawie przed niespłaceniem długu staje się zarówno posłuszny w pracy, jak i bierny społecznie.
Przeciwny temu pogląd liberalny głosi, że konsumeryzm jest wyborem dobrowolnym, a więc nie jest wyzyskiem, lecz ofertą, którą można przyjąć, ale także odrzucić, co teoretycznie jest możliwe, choć praktycznie niezmiernie trudne.
Wreszcie osobną pozycję zajmuje w tej sprawie papiestwo, słusznie widząc w konsumeryzmie utratę perspektywy duchowej na rzecz materialnej i komercyjnej. Ale okno z wygłaszającym przez nie te myśli papieżem też staje się rzymskim gadżetem, ożywiającym ruch turystyczny.
Zwycięstwo konsumeryzmu jako postawy moralnej wydaje mi się najważniejszym zdarzeniem, jakie podkreślić należy przy końcu 2003 r. Bez przyjęcia do wiadomości tego faktu trudno nam będzie zrozumieć fakty pomniejsze, które towarzyszyły nam w roku minionym. Na przykład szalejąca korupcja, którą oglądamy dookoła, nie jest w istocie niczym innym jak bezpardonową walką jednostek o zajęcie lepszego miejsca na wielostopniowej drabinie prestiżu konsumpcyjnego. Nie pojmiemy też, o co właściwie chodzi w zajmującej tak wiele naszej uwagi walce o media elektroniczne, jeśli nie zrozumiemy, że celem tej walki jest dostęp do rynku reklamowego, za pomocą którego wielkie korporacje sterują dziś społeczeństwem konsumpcyjnym. Niewykluczone, że sensem całego zamieszania wokół służby zdrowia jest próba zamienienia obywatela, któremu usługi medyczne się należą, w konsumenta, który powinien je sobie kupić, ożywiając rynek medyczny i farmaceutyczny. Nie zrozumiemy też wzgardliwego stosunku do wszelkich przejawów życia kulturalnego niełączących się z rozrywką, ponieważ rozrywka zawsze w końcu prowadzi do jakichś zakupów (moda, gadżety), kultura zaś rozwija myślenie, a nie popyt.
Widać po prostu coraz wyraźniej, że znaleźliśmy się we władaniu mechanizmu wyposażonego zarówno w wewnętrzną logikę, jak i w bogaty zasób wypróbowanych instrumentów. Na razie dość pokornie wkręcamy się w jego tryby.
I dopiero uświadomienie sobie tej sytuacji przez rozumną część społeczeństwa zamieniać może stopniowo konsumentów w jednostki ludzkie, a może nawet w obywateli.

Wydanie: 2/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy