Ruszamy do działania

Ruszamy do działania

Wyznam, jeśli mam być szczery, że mój stosunek do polskiej wyprawy wojskowej do Iraku najlepiej wyraził Janusz Stanny w poprzednim numerze „Przeglądu”: „No, gdyby ja wtedy miał dzisiejszą świadomość polityczno-militarną, to do Wilna bym nie wszedł, a wszedłszy do jakiejś Basry albo i Bagdada, byłbym tam stabilizatorem”. Inaczej mówiąc, ta wyprawa mnie śmieszy. Jak wszelkie działanie nieprzystające do rzeczywistości. Jeśli nie poniesiemy tam strat w ludziach, a myślę, że nie będzie to San Domingo, wyprawa przejdzie do historii jako wydarzenie niepoważne. Muszę się jednak zastrzec, że nie przypisuję sobie kompetencji oceniania decyzji rządu we wszystkich sprawach międzynarodowych. Demokracja daje prawo dyskutowania o wszystkim, ale trzeba nie mieć rozsądku, żeby z niego zawsze korzystać. W końcu oni tam na górze mogą znać fakty, o których ogół nie jest poinformowany. Na razie widzimy tylko tyle, że państwo niezdarne u siebie, niepotrafiące zapewnić porządku swoim obywatelom, z ochotą bierze udział w niejasnym planie politycznego przeinaczenia dalekiego Bliskiego Wschodu.
Pisałem już nieraz, że moralny stosunek do spraw dziejących się daleko jest przeważnie podszyty lekkomyślnością, bo co tak naprawdę możemy o nich wiedzieć? Tylko to, co przyniosą nam media, a one przede wszystkim służą propagandzie i rozrywce. Kierujemy swoje uczucia ku czemuś, co w rzeczywistości najprawdopodobniej wygląda zupełnie inaczej, niż nam zostało przedstawione. Nie należy – twierdził pewien filozof – rozszerzać uczuć przyrodzonych poza ich przyrodzone granice. Sztucznej rzeczywistości, wykreowanej medialnie, należą się tylko sztuczne uczucia, a nie żadne autentyczne zachwyty czy potępienia moralne. Arnold Gehlen, jeden z najwybitniejszych myślicieli niemieckich XX w., pisał w książce „Moral und Hypermoral”: „Jak inaczej poradzić sobie z uroszczeniem, że posiada się moralny organ nastawiony na wydarzenia o wymiarze światowym, niż dokonując przekształcenia tego organu w armatę protestu. Elektroniczne środki światowej komunikacji przesyłają nam zarysy wszelkich możliwych zdarzeń aż po antypody, te szkice mają się tak do faktów jak cień do ciała… Na te puste formy ma teraz reagować nasza moralna wrażliwość, która z samej swojej natury nastawiona jest na widzenie bliskie. Dlatego też jako namiastkę nieistniejącej moralności odnoszącej się do spraw dalekich mamy (uniwersalną) moralność humanitarną… której wymagań nie sposób spełnić”.
Wszystko, co widzimy z całą pewnością, to fantastyczną potęgę technologiczno-militarną Ameryki, która szukała dla siebie celu, terenu ekspansji i właśnie go znalazła. Jakieś dwadzieścia lat temu Zbigniew Brzeziński twierdził w jednym ze swoich artykułów, że era imperiów dobiegła końca, Stany Zjednoczone już to zrozumiały, pozostało jedynie imperium radzieckie. Wkrótce po ogłoszeniu tej prognozy Związek Radziecki rozpadł się bez huku, natomiast Stany Zjednoczone odkryły swoje powołanie światowego hegemona. Czego brakuje im do tej roli? Z pewnością nie zasobów i nie środków militarnych. Mają też cywilizację, zetknięcie z którą grozi śmiercią lub kalectwem każdej innej cywilizacji. Coraz więcej pisze się o analogii z imperium rzymskim (polecam zwłaszcza artykuł Petera Bendera w miesięczniku „Dziś”); porównanie bardzo pochlebne dla obu imperiów. Brakuje Ameryce na razie dobrych żołnierzy (jedna trzecia poległych w Iraku zginęła przez pomyłkę od swoich), ale to stan przejściowy. Wojowniczo i militarystycznie nastrojona obecna elita władzy w Waszyngtonie nie „dorwała się” do władzy, lecz została powołana niejako przez obiektywną potrzebę.
Co może nas dziwić, to spontaniczna aprobata byłych wschodnioeuropejskich dysydentów dla neokonserwatywnych jastrzębi z Waszyngtonu. Rumsfeld, Wolfowitz byliby chyba niemało zdziwieni, gdyby się dowiedzieli, z jakich powodów popiera ich pani minister Barbara Labuda: „Jestem osobą niewierzącą, demokracja jest moją religią, to mój Dekalog. Realizuję go, popierając (…) decyzje o wysłaniu polskich wojsk do Iraku”. Ubolewa z powodu udawanego pacyfizmu Francji. „Idziemy do Iraku z tych powodów, dla których Francja zaproponowała światu prawa człowieka”. Zbigniew Bujak, legenda „Solidarności”, jest przynajmniej niezmienny w swojej chłopięcej niefrasobliwości wobec burz dziejowych. Coś ważnego – powiada – wnosimy do europejskiej polityki. „To nasza wiedza, doświadczenie i stosunek do totalitarnej władzy. My nie kombinujemy, wezwani do walki z totalitaryzmem ruszamy do działania”.

 

Wydanie: 23/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy