Lewica po władzę

Lewica po władzę

Lewica idąca szeroką ławą, pierwszy raz od dawna – albo od zawsze, zależy, jakie ramy czasowe sobie zakreślimy – idzie nie po obecność, zaznaczenie istnienia, podniesienie czoła, dźwignięcie się z serii nokautów wyborczych, akcentowanie odmiennych wizji państwa, społeczeństwa i polityki, nie po okruchy po POPiS, prawicy neoliberalnej (PO) czy konserwatywnej prawicy dystrybucyjnej (PiS) – ta lewica idzie po władzę. Trzeba jasno powiedzieć, że taki jest cel. Nie nazywajmy obecnego koalicyjnego porozumienia wielkim zjednoczeniem, jest to pragmatyka zrodzona z czystej do bólu potrzeby. Ale lewica ma iść po władzę, nie po namiastkę dowodu na istnienie poprzez symboliczne gesty. Ma iść najszerzej, jak się da, po władzę, ponieważ lepiej rozumie, co ważne i jak Polskę zmienić, co istotne globalnie i co ma z tego wynikać dla nas znad (wysychającej) Wisły.

Lewica jest z natury wielogłosowa, różnorodna, wielobarwna – i na taką będzie można oddawać głos w jesiennych, najważniejszych od lat wyborach. Przedwyborcza koalicyjność musi być zapowiedzią zmiany głębszej i mocniejszej, odejściem od kultu jednego przywódcy jednej partii (jak można się durzyć w jednej partii w kraju, gdzie na jedno pytanie dwóch odpowiadających daje trzy odpowiedzi?!). Polityka jednego lidera kończy się rządami monopartyjnymi i coraz wyrazistszymi przedsmakami autorytaryzmu. Polski nie stać dłużej na politykę bez lewicy, Polski przyszłości na brak rządów lewicy. Idea pójścia razem w wyborach – SLD obok Razem, Wiosna przy Ikonowiczu, PPS przy innych podmiotach – to właśnie deklaracja ideowa.

Oczywiście zawsze można pomarudzić. I pomruki marudzenia już, rzecz jasna, wybrzmiewają. Partie nie są do kochania, nie są do uwielbiania, nie są do bezwyjątkowej akceptacji – są chropawą próbą reprezentowania stanowisk często nie do pogodzenia, są wyrazicielkami interesów i żądań mniejszych i większych grup społecznych. Partie to nie my, choć my je tworzymy. Ale partie są dla nas i tak trzeba oceniać deklaracje jedności. Możemy sobie wyobrazić odmienność języka, postulatów i determinacji, kiedy pomyślimy o co najmniej kilkudziesięcioosobowej reprezentacji lewicy w kontrze do dzisiejszego bezwolnego tłumu podniesionych dłoni (podniesienie w Sejmie i równoczesne wysunięcie jej po konkretne korzyści osobiste). Miejsce tradycyjnie zajmowane przez głowę zostało zajęte przez niemo podniesione ręce. Ręce nie pytają, nie zgłaszają wątpliwości, nie zmieniają zdania, kiedy zmieniają się fakty. Mamy Sejm salutujący, a chcemy myślącego, aktywnego i przyszłościowego. Po żadnej prawicy politycznej spodziewać się tego nie możemy – od lewicy możemy oczekiwać tylko szerszego lub jeszcze bardziej otwartego zmierzenia się z polskimi absurdami i niesprawiedliwością, nadużywaniem władzy, demoralizacją systemu podatkowego, niewydolnością lukrowaną brutalnością policji, niekompetencjami na dowolnym polu, a szczególnie tam, gdzie to najbardziej wymagane społecznie: w służbie zdrowia i edukacji.

Czas na dość, dość radykalne i wielogłosowe. I tylko taki szeroki front, uzupełniony działaniami aktywistycznymi i pozainstytucjonalnymi, daje nam nadzieję na realną zmianę, której Polska łaknie jak kania dżdżu.

Będziemy rozliczać lewicę za to, jak będzie rządzić, a nie jak jest dzisiaj, kiedy stanęła ramię w ramię, obok siebie, z jasnym, zrozumiałym celem. Jej definicję, oczekiwania wobec niej możemy formułować cały czas, nie wolno jednak mylić czasów. Najpierw rządy, potem rachunek za rządy.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 31/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 31/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy