Felieton balkonowy

Felieton balkonowy

Przedpremierowy pokaz dokumentu Pawła Łozińskiego „Film balkonowy” spadł mi z nieba. Potrzebowałem całym sobą dawki czegoś innego niż tsunami newsów, doniesień, analiz i komentarzy, wszystkich krążących wokół tego, co na wschodzie, za ukraińską granicą. Trudno to nazwać wymęczeniem, z całą pewnością nie znużeniem, ale chwila detoksu od odgłosów wojny, od obrazów wojny, od szacunków wojny była mi w tym momencie niezbędna koniecznie.

Przed czterema laty uznany dokumentalista Paweł Łoziński wykoncypował sobie, że postawi na swoim balkonie na Saskiej Kępie w Warszawie kamerę i będzie obserwował, rejestrował, nagrywał, słuchał tych, którzy tamtędy przechodzą, pędzą, wloką się, biegną, jadą, krążą, zatrzymują, nocują, wędrują lub tylko spacerują. Pierwotnie nie chciał ich zagadywać, wtrącać się w ich podbalkonowe peregrynacje. Po jakimś czasie uznał, że będzie mówił chociaż dzień dobry, potem dorzucał pytania o rzeczy błahe i wielkie. O sens życia, o historie, które z sobą niosą, o dramaty, które przeżywają, o radość, którą emanują, o beznadzieję, z której usiłują się wyrwać. Najczęściej były to rozmowy lakoniczne, czasami przeradzające się w dłuższe, głębsze wymiany, świadectwa, wyznania, deklaracje (jak choćby ta kilkakrotnie wybrzmiała: „Jestem szczęśliwa”).

Pod balkonem, kamerą, mikrofonem i samym reżyserem – a zarazem dźwiękowcem, operatorem i montażystą – stawały najróżniejsze osoby, w każdym wieku, o odmiennych statusach materialnych, kulturowych, w nastrojach skrajnych, od euforii po rozpacz, rzucały do obiektywu i mikrofonu najrozmaitsze kwestie: od lekkiej, niezobowiązującej wymiany zdań, niekiedy tylko grzecznościowych, po tyrady i bardzo osobiste wyznania. Były miłości i zdrady, było przemijanie i niczego nieświadome dzieciństwo, były narodziny i śmierć, było śmiesznie i strasznie, było wesoło i refleksyjnie, było deszczowo, burzowo, śnieżnie i wiosennie. Była praca i żarty, była nieśmiałość, było intymnie chwilami, a momentami rubasznie. Banałem jest powiedzieć, że kamera ustawiona na balkonie, górująca nad przechodzącymi, oddzielonymi kilkoma metrami przestrzeni, buduje metaforę życia we wszystkich jego wymiarach, co daje się w tej ascetycznej formule uchwycić, utrwalić, przekazać. Podzielić się?

Łoziński jest ciepły i zainteresowany swoimi podbalkonowcami. Wszystkimi i każdym z osobna. Nienachalnie podpytuje, czasami trochę drąży, daje wybrzmieć ciszy, nie pędzi, w końcu miesiącami ku utrapieniu bliskich sterczy na balkonie, „pracuje”, nie wiedząc, jaki będzie efekt. Jak deklarował w rozmowie po seansie, chciał odwrócić logikę powstawania filmu dokumentalnego. Konieczności podążania za bohaterem, ścigania go, tropienia. Uznał, że poczeka na swoje bohaterki (w większości jednak to kobiety stają się rozmówczyniami), bohaterów – to oni podejdą albo tylko przemkną niepostrzeżenie.

Podczas seansu wielokrotnie wybuchał śmiech, zapadała cisza. Najróżniejsze emocje wirowały w powietrzu kinowej sali. Nie było jednej osoby czy historii, która by zdominowała film. Wydawało się chwilami, że może będzie to pytanie o szczęście, bliskość, miłość, przemijanie, dźwignięcie się z upadku. Ale w końcu było wszystko w trudnej do wyobrażenia harmonii wyłaniającej się z chaosu nadchodzących głosów, myśli, ludzi. I psów. Gdybym cztery lata temu mógł już zobaczyć ten obraz filmowy – to powiedziałbym, że jest zapisem pięknych czy trudnych zarazem doznań, udaną próbą zarejestrowania ludzkich pragnień, lęków i doświadczeń. W tych dniach patrzyłem jednak na „Film balkonowy” jak na pochodzący z innej epoki, idylliczny portret zwykłości, codzienności, za którą dzisiaj możemy już tylko zatęsknić, wspomnieć ją z rozczuleniem. Bo później nadeszła pandemia (jeśli już odeszła) i nie widmo, ale realny wymiar wojennego dramatu Ukrainy.

Udało się Pawłowi Łozińskiemu zatrzymać świat rozedrgany, wielowymiarowy, ale pełen łagodnej akceptacji: życia, losu, historii, relacji, przydarzeń. Wszystko w rytmie odradzającej się wiosennie i chylącej jesiennie ku zimie przyrody. Zaklętej w wąskim planie kamery. I za tym światem ludzkich marzeń i rozczarowań, ujętych w małe formy rozmów – tęsknimy. Patrzymy dziś z nadzieją, że ta zwyczajność, choć pełna gniewu niekiedy, niezgody, bólu, wróci jak dobra sąsiadka, dozorczyni. Bardzo wiele udało się Łozińskiemu pokazać. Zobaczcie sami, to inna muzyka i tkliwość dnia bez wybuchów i wstrząsów. Może nawet „zbyt ładny” to film.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 16/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy