Mniej niż zero

Mniej niż zero

Tytuł felietonu to nie wspomnienie piosenki zespołu Lady Pank, ale opis kondycji polskiej polityki. Nędzna frekwencja w referendum może być symbolem generalnej nędzy tutejszej polityki. Zafundowaliśmy sobie najdroższy w Europie sondaż, który w dodatku nie był reprezentatywny dla opinii społecznej. Bezsensowne ogłoszenie przez Bronisława Komorowskiego referendum w przypływie paniki, żenująca atmosfera przedreferendalna i tragiczny poziom debaty (a właściwie jej brak) o problemach, których miało dotyczyć głosowanie – to niestety nie jest odosobniony przypadek, lecz reguła polskiego życia publicznego.

W wątku dotyczącym finansowania partii nikt nie zająknął się nawet o sprawie struktury wydatków partyjnych. Rzeczywistym problemem nie jest bowiem pytanie: finansować partie z budżetu czy nie, ale kwestia, jak i na co wydawać partyjne pieniądze. Dziś zazwyczaj są one wydawane na kampanie wyborcze, działania marketingowe, mniej lub bardziej kiepską reklamę. Mówiąc krótko: większość partyjnych pieniędzy idzie na billboardy i telewizyjne reklamówki. A wystarczyłoby zmienić zapis ustawy o finansowaniu partii politycznych i wprowadzić konieczność wydawania np. 50-60% środków uzyskanych z dotacji budżetowej na edukację obywatelską, diagnozy i analizy, pracę społeczno-kulturową z młodzieżą. Może choć trochę zmieniłoby to wiedzę społeczeństwa w zakresie wydarzeń politycznych, praw obywatelskich czy możliwości poruszania się w gąszczu biurokracji państwowej. Na razie ta wiedza jest marna. Podobnie jak zainteresowanie sprawami publicznymi czy umiejętność uczestnictwa w działaniach zbiorowych. Kompetencje obywatelskie polskiej młodzieży są tragiczne – nie przez przypadek pracodawcy wyciskają z niej bez żadnych problemów ostatnie soki, płacą nędzne grosze i bez oporu zatrudniają na umowach śmieciowych. Zresztą większość polskiego społeczeństwa nie ma pojęcia, jakie prawa mu przysługują, dlatego m.in. politycy mogą traktować je jak „ciemną masę”. To nie jest tak, że mamy prymitywną klasę polityczną i oświecone społeczeństwo. Gdyby istniał taki prosty podział, większość polityków zostałaby już dawno odrzucona.

System finansowania edukacji obywatelskiej ze środków partyjnych istnieje w Niemczech i działa zupełnie nieźle. Każda partia zasiadająca w Bundestagu ma własną fundację, a ta otrzymuje stosowne dofinansowanie na działalność w sferze publicznej, w wysokości proporcjonalnej do liczby posłów w parlamencie. W ten sposób w życiu obywatelskim działają prężnie: Fundacja Konrada Adenauera związana z CDU, Fundacja im. Friedricha Eberta reprezentująca SPD, Fundacja im. Heinricha Bölla związana z Zielonymi czy też Fundacja im. Róży Luksemburg powiązana z lewicą. Każda z nich organizuje szkolenia, konferencje, opracowuje diagnozy, zachęca do aktywności społecznej, wspiera organizacje pozarządowe. W ten sposób tworzy się miękka tkanka społeczna wokół zinstytucjonalizowanej polityki i budowany jest pomost między sferą polityczną a życiem obywatelskim.

U nas ten pomost właściwie nie istnieje. Podobnie jak nie ma żadnego nadzoru społecznego nad wyznaczaniem kierunków polityki państwa. Wąskie kręgi działaczy partyjnych są w gruncie rzeczy zadowolone z tego, że społeczeństwo śpi i nikt nie patrzy im na ręce. Co więcej, tzw. aktywny obywatel jest dla nich raczej synonimem czepialskiego natręta niż wartościową pomocą. Podobnie jak społecznik jest odpowiednikiem odrealnionego frajera.
Z tego powodu opinia społeczna w żaden sposób nie może wpływać na działania polityczne, a większość społeczeństwa – co wskazują regularnie wyniki badań – ma poczucie braku jakiegokolwiek wpływu na sprawy krajowe.

To pozwala traktować politykę w kategoriach niekończącej się telenoweli. Jej poszczególni bohaterowie mogą nie mieć żadnych poglądów – liczą się tylko emocje, jakie budzą. W takich okolicznościach nikogo nie dziwią transfery partyjne – przechodzenie z pozornie zwalczających się partii staje się wręcz oczekiwanym wydarzeniem sezonu. Podobnie jak przejścia piłkarzy z jednych klubów do drugich. Ci, którzy jeszcze wczoraj zwalczali się na śmierć i życie, dziś grają bez żadnego zażenowania w tej samej drużynie. Arłukowicza, który cztery lata temu przeszedł z SLD i okazał się dla PO kiepskim nabytkiem, zastąpił Napieralski. Z kolei Zalewskiego, który wcześniej uciekł z PiS do PO, w tym sezonie zastąpił obecnie niezrzeszony Dorn. Spektakl trwa.

Pozbawiona kompetencji i zupełnie prowincjonalna kandydatka PiS na premiera urządza obwoźną sprzedaż tanich sloganów. Premier Kopacz kieruje pospolitym ruszeniem, aby przetrwać, a nie żeby wyznaczać nowe kierunki polityki. Natomiast lewica walczy o życie nie po to, żeby ogłosić nową opowieść o Polsce i Europie (której nie ma), ale żeby nie wypaść z gry, i przy odrobinie szczęścia może wzmocnić jakąkolwiek koalicję rządową. To podkreślenie jest nieprzypadkowe, ponieważ potencjalni wyborcy lewicy nawet nie wiedzą, jak może być użyty ich głos. Ci, którzy głosując na lewicę, chcą powstrzymać PiS, nie mogą być pewni, czy przypadkiem nie zobaczą przy wspólnym stoliku knujących działaczy PiS i SLD. Nie jest to chyba do końca brednia polityczna – jak bowiem słychać, regionalni działacze przebierają nogami, aby dostać choć malutki kawałek władzy. Szczególnie jeśli układ krajowy miałby zagwarantować im udział w regionalnych strukturach władzy. Dobrze byłoby przynajmniej tę sprawę wyjaśnić sympatykom lewicy przed wyborami. To minimum, jakie im się należy.

Wydanie: 38/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy