Polskie zapachy 2015

Polskie zapachy 2015

Tymon Tymański, scenarzysta filmu pod swojskim tytułem „Polskie gówno”, stworzył smutny obraz rodzimego szołbiznesu muzycznego i jeszcze bardziej przygnębiający szkic na temat losów dawnych muzycznych buntowników.

O ile kultura alternatywna bujnie kwitła w latach 70. i 80. w PRL, w której istniała cenzura, ZOMO i – jak naucza IPN – kraj był zniewolony od Bałtyku do Tatr, o tyle teraz w „wolnej Polsce” króluje kicz. Beznadziejna komercja. Rynek zamienił wszystko w produkt na sprzedaż. A najlepiej sprzedają się produkty głupie, prymitywne, łatwe w konsumpcji – te, które mogą znaleźć masowego odbiorcę. Im głupiej, tym lepiej – to naczelna zasada kiczu made in Polish capitalism.

W latach 70. polski teatr alternatywny znany był w świecie, a teksty podziemnych zespołów rockowych lat 80. wpływały na edukację całego pokolenia. Tysiące ludzi przyjeżdżały do Jarocina, na festiwal Róbrege czy festiwal Poza Kontrolą w warszawskim Remoncie, aby posłuchać takich zespołów jak Moskwa, Red Star, Dezerter czy raczkujący wówczas Kult. Tych niepokornych grup były setki. A miejsc do grania – dziesiątki w całej Polsce. Kluby studenckie kwitły i były pełne. Państwo, choć oficjalnie starało się kontrolować spontaniczną kulturę młodzieżową, w praktyce – chcąc nie chcąc – dawało jej spore zaplecze instytucjonalne. Trudno dziś sobie wyobrazić, że istniały w Polskim Radiu programy, które regularnie puszczały na antenie pełne gniewu utwory muzyczne. Co tam zresztą radio. W telewizji można było też zobaczyć Klausa Mitffocha czy innych przedstawicieli polskiego rocka. Dziś to fizycznie niemożliwe. Z ekranu telewizora płyną albo bogoojczyźniane, nudne i pełne fałszywego moralizatorstwa komunikaty, albo – nieróżniące się od kiczowatych reklam – pseudorozrywkowe programy, w których lokalne pseudogwiazdki oceniają innych bohaterów kolorowych brukowców w tańcu lub w śpiewie. Mamy jeszcze seriale udające filmy, w których grają osoby udające aktorów. Wyobrażacie sobie, że Jan Dworak, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, puściłby dziś w mediach elektronicznych utwór zespołu nazywającego się np. Watykan, Dupa Biskupa albo Więźniowie CIA? Jeśli jakimś cudem coś takiego poszłoby w jakimś radiu, elity moralne i polityczne zawyłyby z oburzenia, a odpowiedzialny za to człowieczek wyleciałby w pięć minut na bruk. Konformizm, zachowawczość i szara nijakość to punkty wyznaczające dozwolony obszar działań w kulturze, w polityce, w administracji państwowej, w telewizji.

A co się dzieje dziś z artystami grającymi muzykę nieobecną w polskich stacjach radiowych? Występują w małych klubach dla niszowej publiczności. Za małe grosze lub zwrot środków za transport. Już nie marzą o walce z systemem czy o niezależnej kulturze, która ma zmieniać społeczną świadomość. Ale o zapewnieniu środków finansowych potrzebnych do socjalnego minimum. Cenzura PRL okazała się niezłą dziecinadą w porównaniu z bezwzględną presją pieniądza i wilczymi prawami rynku, jakie funduje „wolna i niepodległa” ojczyzna. Przy dominacji chłamu i kiczu w mediach masowych to cud, że w ogóle ktoś jeszcze chce słuchać kogoś innego niż bohaterów Pudelka. Dziś rolę dawnych alternatywnych zinów odgrywa internetowy YouTube, gdzie można do woli słuchać zupełnie nieznanych twórców albo archiwalnych nagrań ze złotej epoki undergroundu.

Obecna kultura alternatywna w Polsce jest tak słaba, że państwo w ogóle się nią nie interesuje. Nie musi rozbijać koncertów przy pomocy bojówek skinheadów, jak to się zdarzało w latach 80. Dziś tylko od święta, i to na koncercie z jakimś przesłaniem społecznym pojawi się może zabłąkany policjant w cywilu lub znudzony pracownik ABW. Poza tym nikogo to nie interesuje.

Oglądając obraz krajowego szołbiznesu zaprezentowany przez Tymańskiego, aż chciałoby się zachęcić go do całej serii filmowej prezentującej różne zakamarki polskiej krainy. Np. „Polskie gówno 2” mogłoby być na temat upadku mediów w Polsce. Policja i organy porządku to kolejny temat na film z tej serii. „Drogówka” przy tym byłaby tylko słodką dobranocką dla naiwnych rodaków. Specjalny odcinek o polskiej polityce od środka – np. „Warszawa za zamkniętymi drzwiami” czy „Platforma dzieli i rządzi” – to mógłby być niezły horror z domieszką klimatów psychodelicznych.

Bez specjalnych używek nie dałoby się czegoś takiego zmontować ani tym bardziej później oglądać.

Z kolei film o polskiej służbie zdrowia czy systemie sprawiedliwości musiałby być czarną komedią z absurdalnym komizmem i kafkowskim tragizmem. Polska rzeczywistość generalnie jest bardzo inspirująca dla artystów, komików, twórców teatru. To także niezły obiekt do badań psychiatrycznych i żywe laboratorium socjologiczne do obserwacji ciemnej strony nieudolnie zorganizowanego życia zbiorowego. Ale czy głupota i zaścianek muszą się rozpychać w Polsce we wszystkich sferach i być traktowane jako coś normalnego?

Wydanie: 9/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy