Iskiereczka z popielnika…

Odbyta już 22 sierpnia konwencja wyborcza SLD, rozpoczynająca spóźnioną nieco kampanię wyborczą tej partii, przyjęta została przez większość mediów bądź ironicznie, bądź zdawkowo.
Nie ma się czemu dziwić. Większość mediów, zarówno prasowych, jak i elektronicznych, znajduje się w ręku różnych odmian prawicy, z których wszystkie najchętniej widziałyby SLD już w trumnie. Dysponują one w dodatku kolosalnym materiałem ikonograficznym, obciążającym SLD i można być pewnym, że kiedy mowa o tej partii, w telewizji na przykład zobaczymy zaraz, bez żadnego związku z czymkolwiek, byłego posła Pęczaka w kryminale, ławę oskarżonych w procesie starachowickim, w najlepszym zaś razie ironiczny uśmiech Leszka Millera. Przeszłości nie da się zgubić, ciągnie się ona latami.
Konwencja była dalszym ciągiem wysiłków nowego, odmłodzonego kierownictwa tej partii, aby pozbyć się wlokącego się za SLD ogona.
Jest to ogon zarówno personalny, jak i – przede wszystkim – ideologiczny.
W pierwszej z tych kwestii SLD jest ciągle na etapie kompromisu i mediom dość łatwo wyłapać na partyjnych zgromadzeniach „nowe twarze”, które w rzeczywistości są twarzami silnie opatrzonymi. Kryterium to jednak nie wydaje mi się decydujące, tak samo, jak z pewnym rozbawieniem przyglądam się szamotaninie wokół Senatu, do którego SLD stara się wysłać odsuniętych od władzy dawnych liderów, ci zaś bronią się przed tym rękami i nogami.
Powołują się przy tym na to, że już przed wojną lewica była przeciwna Senatowi. Wystarczy jednak zajrzeć do ordynacji wyborczej z 1935 r., aby zrozumieć, dlaczego. Senat, w którym zasiadało 96 senatorów, w jednej trzeciej nominowany był przez prezydenta, pozostałe zaś dwie trzecie wybierały w wyborach pośrednich elity wykazujące się wyższym wykształceniem, odznaczeniami państwowymi, piastujące wysokie stanowiska państwowe oraz oficerowie. W sumie więc izbę tę wybierało około 2% społeczeństwa, z wyłączeniem klas pracujących.
Nie bardzo wiadomo, do czego dzisiaj ma służyć Senat, zwany nieco na wyrost „izbą refleksji”, trzeba by się nad tym zastanowić, ale z pewnością nie jest on już zgromadzeniem elitarnym, do którego lewica musiałaby czuć obrzydzenie, a tytuł „senator Oleksy” czy „senator Jaskiernia” może brzmieć dumnie, jeśli kandydaci wywalczą sobie senatorskie mandaty.
Ciekawsze jednak od kwestii personalnych jest to, co w trakcie konwencji starali się powiedzieć Olejniczak i Napieralski w kwestiach społecznych i ustrojowych. Starali się, bo przecież poetyka obecnych konwencji wyborczych jest taka, że trudno się zorientować, co się dzieje na serio, a co dla zgrywy, i najgłębsze nawet myśli padały pomiędzy pieniami Doroty Błażejczyk i zespołu Łzy, co zresztą w wypadku SLD brzmiało jak nomen omen.
Niemniej sześć punktów wymienionych przez Wojciecha Olejniczaka zdaje się wskazywać, że obecni liderzy SLD poświęcili trochę czasu lekturom, choćby była to na razie tylko lektura „Krytyki politycznej”. Jednak, jak w piosence, zamrugała tu jakaś iskiereczka z popielnika, rokująca nadzieję.
Olejniczak z Napieralskim zauważyli więc wreszcie, że tzw. wzrost gospodarczy mierzony statystycznie nie jest równoznaczny z rozwojem społecznym i imponujące skoki PKB mogą mieć kraje beznadziejnej nędzy, co opisał już 40 lat temu Friedrich Schumacher. Zauważyli, że jednym z motorów wzrostu gospodarczego jest tzw. popyt wewnętrzny, co opisał Keynes, dlatego też m.in. podnoszenie płac najniższych nie jest żadnym aktem miłosierdzia, lecz napędzaniem rynku wewnętrznego. Spostrzegli, że konstruowany w Polsce system edukacyjny i kulturalny jest tworzeniem społeczeństwa kastowego, złożonego z wykształconych elit i ciemnego motłochu do zamiatania ulic. Uznali – mimo że sam Wojciech Olejniczak deklaruje się jako wierzący katolik – że dyktat Kościoła w kwestiach obyczajowych i seksualnych jest niezgodny z prawem ludzi do decydowania o własnym losie. Zauważyli, że cały ten program nie da się zrealizować bez interwencjonizmu państwowego, nieprawdą jest slogan: „Im mniej państwa, tym lepiej”, a dobre państwo musi kosztować. Na koniec wreszcie spostrzegli, że współczesna Europa unijna nie jest sielanką, lecz terenem zajadłej walki pomiędzy Europą liberalną, to znaczy amerykańską, a Europą socjalną, i zadeklarowali się po stronie tej drugiej.
Nie jest to mało na początek.
Oczywiście program ten będzie wyśmiewany i obrzydzany przez Platformę Obywatelską, PiS i resztę, wydaje się jednak bardziej naturalne, jeśli program lewicowy jest przedmiotem szyderstw ze strony prawicy, niż kiedy SLD śpiewa w chórze z najbardziej nawet patologicznymi liberałami. Ostatnie tony w tym duchu wzniósł zresztą niedawno Leszek Miller w tygodniku „Wprost”, tym samym, który jeszcze niedawno robił z niego rosyjskiego agenta obracającego „kremlowskimi rublami”.
Myślę, że jeśli tak dalej pójdzie, SLD stanie się partią lewicową i kiedyś wreszcie stanie też przed nieuchronnym pytaniem o sam charakter i istotę współczesnego kapitalizmu. Może dojdzie nawet do wniosku, że mimo iż rozwiązania niekapitalistyczne mogą rodzić zło, nierówność i wyzysk – i jak do tej pory obficie korzystały z tej możliwości – to kapitalizm musi je rodzić z samej swojej natury. Ale na to mamy jeszcze czas.
Na razie zaś przeczytałem w „Polityce” obszerny tekst pani Solskiej o jednym z potężnych polskich kapitalistów, którego nazwiska nie wymienię, bo przecież nie o niego tu chodzi, lecz o zjawisko. Nothing personal, jak mówią Anglicy. Otóż w lekturze tej jedno wydawało mi się frapujące: co właściwie robi ten człowiek? Czytałem bowiem, jak kupuje i sprzedaje firmy, tereny, akcje, gmachy, udziały, dokonuje przyjaznych i wrogich przejęć, z czegoś się wycofuje, w coś wchodzi. Ale co wytwarza, kogo i w jakiej liczbie zatrudnia?
Odpowiedzi na podobne pytania jeszcze jakiś czas temu były w wypadku każdej kapitalistycznej potęgi – Kruppa, Forda, Lilpopa, Scheiblera i Grohmana, Poznańskiego, a nawet Rotschilda, którego „produktem” były pieniądze udzielane jako kredyt – dziecinnie łatwe.
Dziś łatwe nie są. Wbrew oczekiwaniom światowy produkt w epoce globalizacji nie powiększa się, lecz maleje. Ale równocześnie rosną fortuny finansowe. Kapitał finansowy i spekulacyjny osiągnął miażdżącą przewagę nad kapitałem produkcyjnym, a więc tym, który wytwarza jakieś dobra i zatrudnia jakichś ludzi. Dlatego nadzieja, że podniesie on poziom życia ludzi na świecie, jest niepewna i mglista.
Ale to już następna lekcja, którą będzie musiała przejść nowoczesna lewica. Jeśli oczywiście pójdzie dalej w zapowiedzianym przed wyborami kierunku.

Wydanie: 36/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy