Grzebanie dżokeja

Grzebanie dżokeja

Jest już nowa Rudzka! Że kolejna powieść pisarki będzie wybitna, można było mniemać już po ogłoszeniu pilotowego fragmentu pod koniec ubiegłego roku w „Odrze”. Wrocławski miesięcznik uhonorował autorkę za „oryginalny, znakomity pod względem językowym, psychologiczny tryptyk, w którym na pierwszym planie znajdują się ludzie w starszym wieku, przez społeczeństwo i kulturę nierzadko umieszczani w cieniu”. No to mamy teraz poliptyk, bo „Ten się śmieje, kto ma zęby” to kolejna rzecz o jesieni życia, przy czym, jak to u Zyty Rudzkiej, liście trącą zgnilizną, zamiast zachwycać przebarwieniami. O ile narratorka jako świeża wdowa identyfikuje się raczej ze świeżością niż z wdowieństwem, o tyle pozostałe postacie dramatu opisane są w całej starczej jaskrawości bezlitośnie.

Niczym w „Łagodnej” Dostojewskiego wczytujemy się w monolog wewnętrzny żałobnika czuwającego przy zwłokach (przez pierwsze 50 stron), choć zbieżność to podchwytliwa, bo inaczej niż u rosyjskiego klasyka bohaterka żadnych wyrzutów sumienia nie przejawia. Zmarłego męża wspomina w najlepszym razie z szyderstwem, o którym akuratni krytycy napisaliby, że jest to szyderstwo czułe. Nie żałuje go szczególnie, skoro przed śmiercią zdążył zaliczyć skok w bok, chyba dość wyczerpujący, bo po lądowaniu powrotnym zajął się już głównie umieraniem. Wera, bezrobotna fryzjerka męska, była żoną dżokeja („wszędzie wąski, że jedną ręką bez problemu chwycisz i uniesiesz na pół metra”) i trudno o bardziej plastyczny przykład matriarchatu. Męska fryzjerka, bo strzygła po żołniersku – nie była od pielęgnacji, ale od cięcia, takoż cięte ma riposty i męską zatwardziałość demonstruje w spojrzeniu na relacje miłosne.

Kobieta, choć raczej baba, na pewno zdeklarowana „babiara”, biseksualna, niezależna, ordynarna, dominująca – dżokejowi końskie zaloty przypasowały, a że u szczytu formy dobrze zarabiał, pozwoliła się dosiąść. Tyle że martwy na nic, jeno puchary po nim zostały i wydatek pogrzebowy – Wera przez całą książkę obmyśla, jak tu go tanio, a niejako przy okazji godnie wyprawić na tamten świat. Już incipit zapowiada, że łatwo nie będzie: „Trudno o dobre buty dla nieboszczyka”. Geniusz pisarski polega także na tym, by takie postawić pierwsze zdanie, co to samo już potem przywołuje następne, wyrastają z niego kolejne wątki, rozrastają się, płożą we wszystkie strony; Rudzka ma tę niezwykłą zdolność, że każde zdanie jej prozy da się czytać jak osobną sentencję. Wersyfikuje zresztą dialogi, pozbawiając je myślników, tak by nawet wizualnie upodobnić prozę do poezji – a zatem ów melancholijno-wściekły (i wściekle melancholijny) bluzg owdowiałego babska jest intencjonalnym poematem prozą. Jej fraza jest niepodrabialna w swojej finezyjnej wulgarności, gdyby chcieć wymacać w historii literatury coś podobnego, należałoby włożyć krytyczne macki gdzieś między Céline’a, Bernharda, Pankowskiego i Pilota, ale Zyta Rudzka ma pióro nie mniej rozpoznawalne, osobne i równie ostre jak wspomniani autorzy. Narratorka ze starością się nie cacka, dość przywołać portret dawnej kochanki dżokeja, na jego pogrzeb przybyłej: „Wary wąskie jak szpara na monetę w kościelnej kruchcie, szminka, osad po herbacie na szklance upierdolonej. Baba kalafior, białawym mięchem rozryta na wszystkie strony. (…) Przy toczku parchy na skroni, tam pewnie były kiedyś włosy, lała perhydrol, durszlak się zrobił. Nie wiem, czyby w życiu większej miłosnej rekreacji zażyła, gdyby nie mój mąż”.

Rudzka jest cudownie nieczuła i niepoprawna – któż to widział tak pisać o starszej osobie urodzonej z macicą? Uprawiać prozę mizantropijną w czasach terroru czułości jest aktem odwagi, na który może sobie pozwolić wyłącznie wirtuoz języka. Rudzkiej wolno więcej. Wolno jej nawet znokautować czytelnika w finale sceną erotyczną, jakiej w polskiej literaturze nie było, a chwilę potem dokopać leżącemu gwałtowną przemocową puentą.

Na początku większości rozdziałów Wera oznajmia: „Wyprawiłam się…”, zmieniają się tylko cele tych wypraw i odwiedzane postacie, z którymi wchodzi w interakcje językowe. Tak, to nie rozmowy, lecz potyczki słowne, niemal pojedynki na aforyzmy, jak partia tenisa, postacie kontrują i rekontrują, odbijają tuż przy siatce, a wygrywa ten, kto udatniej zasarka. Nie od dziś jest Rudzka mistrzynią dynamicznych dialogów, co czyni jej prozę podatną na adaptacje. Skądinąd była wielokrotnie nagradzana za swoje sztuki teatralne – niechże wreszcie ktoś je zbierze i wyda, zanim autorka znowu nas wyprawi w świat swojej bezlitosnej, okrutnej, fenomenalnej prozy.

Wydanie: 45/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy