O Lancelocie

O Lancelocie

Lat temu 13 pisałem o Karolu Modzelewskim w „Poczcie polityków polskich”: „Jest w nim może jakaś naiwność, jest może doktrynerstwo nawet, ale jest też ta wierność sobie, przed którą my, ludzie omotani oportunizmami dnia codziennego, stajemy oniemiali. Najpierw nam głupio, a nawet trochę przykro, zgaga nas męczy, żeśmy nie potrafili. Potem jednak zdajemy sobie sprawę, że możemy powiedzieć bachorom – popatrzcie, można i tak. Karol Modzelewski często mnie swoimi wystąpieniami denerwuje: niekiedy złości swoją pewnością siebie, ma pieprzyk na gębie, który gwoli estetyki mógłby już dawno usunąć, ale… będę o nim opowiadał moim synkom. Niczym o jakimś Lancelocie”. Ten pieprzyk, ta naiwność czy rzekome doktrynerstwo – to było oczywiście pisane, żeby uniknąć patosu. Tak naprawdę liczy się tylko Lancelot, ojciec Galahada, zdobywcy Świętego Graala, najdzielniejszy spośród rycerzy Okrągłego Stołu.
Teraz napisał Karol Modzelewski autobiografię pod kpiącym i mylącym tytułem „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”. Jest w tym przekora podwójna. Karol wie doskonale, że mimo złudzeń Majakowskiego (tutaj w tłumaczeniu Antoniego Słonimskiego) zajeździć tego bydlęcia się nie da – najwyżej zrzuci nas do rowu i pokłusuje dalej. Wie też, że kto jak kto, ale on właśnie nie jest „poobijanym jeźdźcem”. Na ile może nam być to dane, on wygrał swoje rodeo odwagi, uczciwości i prawdy.
Fascynujący we wspomnieniach Modzelewskiego jest całkowity brak nienawiści, nie porywa go nawet pokusa potępiania. Pisze np.: „Stan wojenny spowodował głębokie i brzemienne w skutki zmiany nie tylko po naszej, ale i przeciwnej stronie barykady. Wobec ludzi partii i ludzi władzy z tamtych dramatycznych lat trudno mi zdobyć się na empatię, bo nie mam wystarczającego osobistego doświadczenia. Nie dotyczy to jednak wszystkich. Czarno-biały obraz Polski lat 1980-1981 podzielonej na »Solidarność« z jednej, a partię z drugiej strony jest po prostu fałszywy”. Albo: „Żaden naród nie składa się z samych bohaterów. Nasz – wbrew legendom i czytankom – też nie. No i bardzo dobrze. Życie wśród samych bohaterów – nie dość, że krótkie – byłoby całkiem nie do zniesienia. Wiem, co mówię, gdyż zdarzyło mi się przebywać w towarzystwie osób przekonanych o własnym bohaterstwie. W życiu realnym bohaterstwo prowadzi zazwyczaj do przedwczesnej śmierci na jakimś polu chwały, a naród musi żyć, rodzić i wychowywać dzieci, zarabiać na utrzymanie rodziny, budować własną pomyślność i tworzyć swoją kulturę. Zmuszeni do dramatycznego wyboru, robotnicy i robotnice z »Solidarności« rezygnowali z podjęcia lub kontynuowania walki w obronie swojego związku, bo chcieli przetrwać i zapewnić byt rodzinie”. Jesteśmy tutaj o setki lat świetlnych od pseudohistoryków i politycznych sępów lustracyjnych z IPN, zakłamanych biało-czarności i smoleńskiego świata dla ogłupiałych prostaczków. A jednak w tej dramatycznej chwili coś się Karolowi Modzelewskiemu nie udaje. Za wielka jest być może potrzeba współbolenia ze wszystkimi. Karol Modzelewski jest świadomy (czy je podziela, czy nie) racji, które skłoniły gen. Wojciecha Jaruzelskiego do wprowadzenia stanu wojennego. Potrafi docenić, co z punktu widzenia katorżnika zdawałoby się niemożliwe, uczciwość naczelnika więzienia w Barczewie. Więcej jeszcze – przeistacza się w rzecznika składu sędziowskiego pod przewodnictwem Wiesława Sikorskiego, który skazał go w 1968 r. na trzy i pół roku więzienia. Sąd ów bowiem, „szukając po omacku granic swojej swobody, posunął się dalej, niż pozwalała ówczesna koniunktura polityczna”. Tak oto dochodzimy do sedna. Karol Modzelewski ukazuje nam ową oczywistość, której nie przyjmują do wiadomości nienawistnicy z IPN ani tym bardziej ich ogłupiali wychowankowie, którzy niczego nie widzieli i nie dotknęli – że rzeczy działy się w krainach niemożności. Był „Wielki Brat” i jego wojska stacjonujące na polskich ziemiach, były układy międzynarodowe uznawane przez cały świat ze Stanami Zjednoczonymi na czele, które sytuację sankcjonowały i legalizowały. Wybór nie dotyczył więc abstrakcyjnych wyżyn niebywałej wolności, ale trzech możliwych postaw: albo zamykamy się przed rzeczywistością, co daje nam psychiczny luksus, ale w niczym nie pomaga społeczeństwu, albo staramy się wydziobać, gdzie to tylko możliwe, płacąc niekiedy głupim wierszem czy płaską deklaracją, wszelkie zalążki wolności, albo sramy na te ziarna. I tylko tak, a nie w abstrakcjach można ludzi owych czasów oceniać. Karol Modzelewski za swoje bezkompromisowe dziobanie zapłacił ośmioma latami więzienia. Rozumie jednak tych wszystkich, którzy jego odwagi nie mieli, ale coś wydłubali i w zastraszeniu nawet przyczynili się do wolności. Dlatego jego książka powinna zostać podręcznikiem szkolnym i służyć następnym pokoleniom jako wzór i matryca najgłębszego zrozumienia obywatelstwa.
Skąd więc moje zastrzeżenie, że coś się Karolowi nie udaje? Otóż w bezmiarze miłości bliźniego stara się on zawsze przypisać postawom człowieczym racjonalne czy też ideowe podstawy. Kiedy już naprawdę się nie da, zdaje się chwytać ostatniej deski ratunku, że „głupi, ale poczciwy”. W tym momencie nie ma zgody między nami. Głupi nie może być poczciwy, gdyż głupota jest złem. Boję się, że jeszcze się na tym pośliźnie. Cóż – Lanceloci mają do tego prawo i ostatecznie wyjdą bez szwanku. Najważniejsze, że będę mógł wnukom opowiadać o Lancelocie, Karolu z Sobótki, i będą już wiedzieli, jak znaleźć Graala. Dzięki, Karolu!!!

Wydanie: 51-52/2013

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy