Terapia wstrząsowa

Terapia wstrząsowa

Przez ponad miesiąc mieszkałem w szpitalu psychiatrycznym, by zażywać wstrząsów elektrycznych. W sumie było ich dziesięć. To szczególny masaż mózgu. Nie wiadomo, w jaki sposób taki zabieg leczy depresję, ale sądzi się, że łagodzi jej objawy. Po filmie „Lot nad kukułczym gniazdem” wstrząsy elektryczne miały fatalną opinię. Ale teraz robi się to humanitarnie, usypia się pacjenta. A jak się usypia, to już jest poważny zabieg z całą procedurą.

Wydaje się, że taki oddział powinien być ciekawym miejscem. A spadła tam na mnie wielka nuda. Ale nastrój miałem optymistyczny, niemal radosny. Wśród pasażerów oddziału była anorektyczka. Młoda dziewczyna, która byłaby bardzo ładna, gdyby nie była tak przeraźliwie chuda. I ciekawe, że niezwykle celebrowała jedzenie. Przy posiłkach zawsze miała jakieś przyprawy, dodatki. Wiele czasu i energii poświęcała na wzbogacenie jadłospisu. Co jakiś czas jednak musiała być podłączana do kroplówki i z tą kroplówką energicznie chodziła. Czyli po kryjomu jakoś pozbywała się tego, co zjadła.

I widać było, jak częsty jest polski męski model przeżywania depresji. Ratowanie się alkoholem. A wtedy alkohol staje się problemem samym w sobie.

W odbiorniku telewizyjnym na oddziale nie było kanału TVN, więc oglądałem tylko „Wiadomości”. Niezwykle pouczające zajęcie. Program propagandowy rządzących, gdzie głównym wrogiem jest Platforma. I próbuje się ją zohydzić na wszelkie sposoby. PiS jest oczywiście idealizowane. Tego się nie robi w rękawiczkach. To jest brutalne i prymitywne. Traktuje się więc widzów jak wyznawców lub idiotów.

Na szczęście mogłem wychodzić na przepustki. Czasami na dwa dni. I takie dwa dni spędziłem w Sandomierzu. Okolica piękna, zamek Krzyżtopór odrestaurowany za pieniądze unijne. Żadne opactwo w Anglii takiego by się nie powstydziło. Rządzą w Sandomierzu PSL, PiS i kler. Na rynku piękny renesansowy ratusz, a obok pomnik kotwicy zawieszonej w niebie. Symbol wiary w sprawstwo niebios i opatrzności, scalający to miasteczko z tym, co boskie, na wieki wieków… No i ten serial „Ojciec Mateusz”, dzięki któremu robią tu dodatkową kasę. Imponuje liczba sadów, które mija się, jadąc samochodem. – To zagłębie sadownicze – mówi znajoma – także burze kochają naszą kotlinę, chociaż nieraz zacieramy ręce, że u nas nie pada, bo deszcz zatrzymała Wisła po tamtej, gorszej stronie.

Sadownicy zamożni i zaradni kupują specjalne armaty do walki z chmurami. Niczym w Moskwie przed defiladą. Jeden wystrzał to 6 tys. zł, więc kiedy są komplikacje pogodowe, można powystrzelać majątek. Dlatego kupuje się te armaty na spółkę z sąsiadami. Ale jest problem. O ile sadownicy nie chcą deszczu, a zwłaszcza wichur i piorunów, o tyle ogrodnicy z niecierpliwością oczekują wody z nieba. I dochodzi tu do konfliktu interesów, któremu nawet kotwica z nieba nie jest w stanie zaradzić. Nie mówiąc o księżach na ambonie. Przenosi się to na różne sfery życia w miasteczku, powodując także ostre spięcia rodzinne i przyjacielskie. PO nigdy nie dała rady zaistnieć w tym miejscu. Kościół załatwia sprawy niższe i wyższe. Typowy przykład miasta, w którym nic nie zakłóci ustalonego porządku. Ludzie żyją w hermetycznym świecie – nikt nawet nie pomyśli, by coś zmienić lub zainteresować się światem zewnętrznym. TOK FM i Radio Zet są zagłuszane skutecznie przez Radio Maryja – protestów brak.

W ogóle poza naszymi wielkimi aglomeracjami życie toczy się inaczej. Rynek, szkoła, parafia. Walą z armat do chmur, co poza tym ich obchodzi? Radio Maryja załatwia wszystkie sprawy.
Miejscowa znajoma twierdzi, że ten brak potrzeb i świadomości istnienia innego niż kościelny porządek jest nie do ruszenia. Pewnie nie tylko tam. Nie ma myślenia w kategoriach całego kraju. I chyba najważniejsze – pisowska Polska suwerenna to także Polska bardzo podzielona na pojedyncze wsie, miasteczka, domy, bez poczucia wspólnoty. Może o to chodzi – tak jak za PRL? I nie myślę tylko o politycznych podziałach. Mówiliśmy kiedyś wiele o społeczeństwie obywatelskim. Teraz to utopia. Mimo KOD, bo w takich miasteczkach nikt się do tego nie weźmie.

Trwa właśnie strajk pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka (mieszkam w pobliżu). Niskie pensje pielęgniarek zawsze były dramatem polskiej służby zdrowia. I to, że pielęgniarek jest za mało. Jaka była obsługa pielęgniarska w moim szpitalu? Moim zdaniem, niezła. Ale bywały sytuacje krytyczne. Wiele zależało od ordynatora. I od lekarzy. Tu jest całe spektrum zachowań, których wyuczyć się nie da, ten cały ludzki zakres odruchów i gestów. Niskie pensje obsługi szpitali są złym polskim obyczajem i to powoli musi się zmieniać.

Wydanie: 23/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy