A może by tak przywrócić tortury?

A może by tak przywrócić tortury?

Przez całe stulecia wierzono święcie, że strach przed surową karą powstrzymuje ludzi przed popełnianiem przestępstw. Od czasów Hammurabiego (1792-1750 p.n.e.) znana też była zasada „oko za oko, ząb za ząb”. Tłumaczono ją mniej więcej tak, że przestępstwo czyni szkodę w idealnym ładzie moralnym. Tę szkodę naprawia się karą. Musi więc ona być odpowiednio surowa, proporcjonalnie do wyrządzonej szkody. W tym tradycyjnym ujęciu kara miała cel metafizyczny – naprawienie ładu zaburzonego przestępstwem, powinna także odstraszać, powstrzymać potencjalnych przestępców. Miała jeszcze cel trzeci. Ponieważ przestępstwo było zarazem grzechem, kara wymierzona tu, na ziemi, była zadatkiem na poczet mąk piekielnych. Im delikwenta bardziej pomęczono na ziemi, tym mniej już będzie cierpiał po śmierci. A że troska o zbawienie duszy była wielka, to wymierzane na ziemi tortury były coraz wymyślniejsze, coraz bardziej okrutne. Wszystko z myślą o ulżeniu duszy skazańca. Aby ulżyć późniejszym mękom piekielnym, łamano kołem, obdzierano żywcem ze skóry, ćwiartowano, palono żywcem na stosie, nabijano na pal…

Kary były coraz okrutniejsze, a przestępczość, w miarę jak rozrastały się miasta, jak zwiększała się rozpiętość bogactwa, a coraz większemu bogactwu nielicznych towarzyszyła nędza coraz liczniejszych – rosła i rosła. Co światlejsi nabrali wątpliwości, czy istotnie już nie tylko surowość kar, ale ich wręcz okrucieństwo powstrzymuje przed popełnianiem przestępstw. W pewnym okresie tych światlejszych było tylu, że ich epokę nazwano oświeceniem.

Pewien Francuz, niejaki Monteskiusz, nie dosyć, że na złość PiS wymyślił trójpodział władz, to jeszcze zawczasu skrytykował Ziobrę. Jakby specjalnie chcąc sprowokować naszego ministra, głosił: „Surowość kar lepiej odpowiada despotyzmowi, którego zasadą jest groza, niż monarchii i republice”. Albo – powiedziałbym nawet, że bezczelnie – twierdził, iż „łatwo byłoby udowodnić, że we wszystkich państwach Europy kary zmniejszały się lub powiększały, w miarę jak zbliżano się albo oddalano od wolności”. To nie widzi, że Polska rządzona przez PiS, zaostrzając kary, właśnie zbliża się do prawdziwej wolności i demokracji? Wyraźnie miesza się w polskie sprawy! Tylko czekać, aż w swojej bezczelności posunie się jeszcze dalej i np. zadzwoni do prezydenta Dudy! Panie prezydencie, niech pan z nim nie rozmawia. To nie on, to znów ruscy komicy za kogoś się podają. Monteskiusz zmarł w 1755 r. i polskie służby właśnie ustaliły, że w dalszym ciągu nie żyje.

Albo taki Włoch, Cesare Beccaria. Kolejny wróg PiS i ministra Ziobry osobiście. Twierdził, że prawo karne ma być humanitarne. W dodatku prowokacyjnie głosił, że „lepiej przestępstwom zapobiegać, niż za nie karać”. A przecież wiadomo, że karze się dużo łatwiej, niż zapobiega. Albo tak sobie rzucił kiedyś, jakby się nie widział z Patrykiem Jakim, jakby nie znał głębokich myśli ministrów Kowalskiego, Kalety, a nawet samego Ziobry, że „nieuchronność kary jest ważniejsza od jej surowości”. To nie wie makaroniarz jeden, że u nas tak wiele dla tej nieuchronności się robi, że nie tylko winnych, ale też niewinnych ochoczo się ściga? (Gdyby dzwonił do pana prezydenta, to też nie łączcie! To znów ruscy komicy).

A tak na poważnie – pewien zmarły niedawno emerytowany profesor, swego czasu mentor ministra Ziobry, chronicznie przez lata nienawidził profesorów Kazimierza Buchały i Andrzeja Zolla, a to ich uważał za twórców Kodeksu karnego z 1997 r. Niezupełnie słusznie, bo w pisanie projektu kodeksu zaangażowani byli, w różnym stopniu, praktycznie wszyscy ówcześni polscy profesorowie prawa karnego. W sumie może ten kodeks uchwalony w 1997 r. nie był idealny, ale na pewno był najlepszy, na jaki polskich prawników karnistów było stać. Tenże zmarły niedawno profesor swego czasu wypowiedział się na łamach „Rzeczpospolitej” na temat Kodeksu karnego. Kierując się ewidentnie osobistymi pobudkami, chcąc dokuczyć profesorom Zollowi i Buchale, powiedział, że kodeks będący ich dziełem jest fatalny, zbyt liberalny, łaskawy dla przestępców, niewyrozumiały dla ofiar. Ta ewidentna bzdura poszła w świat. Powtarzali ją publicyści, podchwycili politycy, PiS wzięło na sztandary w wyborach w 2005 r. Zaostrzanie Kodeksu karnego było jednym z haseł programowych PiS. Taka udawana troska o bezpieczeństwo obywateli, bezwzględne ściganie i karanie przestępców (co z tego, że przy okazji ukarze się trochę niewinnych) nawet podoba się gawiedzi. To klasyczny przykład dobrze przez socjologów i kryminologów zbadanego fenomenu – populizmu penalnego. Zaostrzanie kodeksu, niczym poza populizmem nieuzasadnione, jest swoistym barometrem pokazującym, jak nasze państwo oddala się od wolności.

A prawda jest taka: to, czy prawo karne i jego realizacja (polityka kryminalna) są surowe, czy łagodne, to nie kwestia czyjejś oceny. To się da wyliczyć! Współczynnik przestępstw (ich liczba na 100 tys. mieszkańców) jest w Polsce znacznie poniżej europejskiej średniej, ale współczynnik prizonizacji (liczba siedzących w kryminałach na 100 tys. mieszkańców) najwyższy w UE.

Wynika z tego, że będąc jednym z bezpieczniejszych krajów, mamy równocześnie jeden z najsurowszych kodeksów karnych i jedną z najsurowszych polityk kryminalnych w Europie. Coraz bliżej nam także pod tym względem do Białorusi, Rosji czy postradzieckich republik Azji Środkowej niż do Zachodu.

Wydanie: 49/2022

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy