Z grobów powstaną mściciele

Z grobów powstaną mściciele

W zamierzchłych czasach pewien cesarz chiński nakazał stworzyć wielotysięczną armię z terakoty. To wojsko nie było zdolne do przelewania krwi, powstaje więc pytanie, do czego miało służyć. Może do prowadzenia zimnej wojny? Nasza trzecio-czwarta Rzeczpospolita prowadzi zimną wojnę z Rosją i też żywego wojska do tego celu nie potrzebuje. Rekrutuje ona armię ze szkieletów polskich żołnierzy i urzędników zabitych przez NKWD. Istnieje, jak wiadomo, urząd do przeszukiwania mogił, gdzie mogą znajdować się szczątki pomordowanych, i ten urząd przechwala się współpracą z odpowiednimi czynnikami władz Ukrainy, naszego strategicznego sojusznika. Działanie tego urzędu nie jest tak wolne od ryzyka, jak by się wydawało, można bowiem niechcący dokopać się do mogił, które powinny być dla dobra strategicznego sojuszu pominięte. Groby ofiar ukraińskiego nacjonalizmu należy w miarę możliwości obchodzić z daleka. Zdarzają się jednak wpadki i o jednej dowiadujemy się z „Gazety Wyborczej” (5 sierpnia). We Włodzimierzu Wołyńskim odkryto szczątki polskich żołnierzy i policjantów zamordowanych we wrześniu 1939 r. tuż po wkroczeniu Armii Czerwonej. Pan Andrzej Przewoźnik, który jest bardzo uczony w tych sprawach, lecz tylko w granicach dozwolonych przez sojusz strategiczny, odpowiada na pytania dziennikarza: „Kiedy Rosjanie (Rosjanie, a nie armia poddana wielonarodowościowemu Biuru Politycznemu – B.Ł.) weszli do Włodzimierza Wołyńskiego, robili tam wielkie i bardzo brutalne porządki… Więc mamy do czynienia z ofiarami mordu przeprowadzonego przez NKWD na gorąco po zajęciu miasta? Tak. Wrzesień, październik 1939 r. był czasem, kiedy na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej dochodziło do rozpraw dokonywanych nie tylko przez NKWD, ale też przez inspirowane przez Rosjan miejscowe bandy. Były one tak brutalne, że NKWD w wielu miejscach musiało im przeciwdziałać”. Dziennikarz nie pyta, lecz stwierdza: „Ale Rosjanie pozwolili im pohulać”. Przewoźnik: „Tak, oczywiście”. Dziennikarz: „Dlaczego nie przebadaliście grobów już 12 lat temu?”. I tu pan Przewoźnik podpowiada mniej więcej prawdziwe wyjaśnienie, ale tylko czytelnikowi, bo sam tego do wiadomości nie przyjmuje: „Bo Ukraińcy tego nie chcieli. Szybko szykowali się do pochówku wykopanych szczątków i nie pozwolili nam na badania”. Zarówno dla dziennikarza, jak pana Przewoźnika NKWD to oczywiście zawsze Rosjanie. Nie chcą wiedzieć, że zarówno wierchuszka tej zbrodniczej instytucji, jak kadra oficerska składały się z osób różnych narodowości, od Gruzinów z Berią i jego kaukaskim gangiem zaczynając. Karolina Lanckorońska w swoich prawdomównych „Wspomnieniach wojennych” pisze, że wówczas właśnie wśród rosyjskich wojskowych najłatwiej było spotkać się z niechętnym stosunkiem do NKWD. W początkowym okresie okupacji sowieckiej najgroźniejszy był dziki terror ukraińskich nacjonalistów. I nie dziwi mnie, że „NKWD w wielu miejscach musiało im przeciwdziałać”. Są różne kręgi piekła. „Mieliśmy – pisze Lanckorońska – o ile chodziło o sprawy powszednie, o wiele częściej do czynienia we Lwowie z prostym i nieraz bardzo prostackim nacjonalizmem ukraińskim niż z komunizmem i imperializmem rosyjskim, który się ťdo spraw drobnych nie mieszałŤ” (s. 40). Ukraińcy, tam gdzie mieli władzę, pogarszali i bez tego okrutne warunki deportacji ludności polskiej (s. 47). Swoje spostrzeżenia hrabina Lanckorońska uogólnia w sposób następujący: „odczuwaliśmy ciągle i na każdym kroku, że w życiu codziennym rządzi nami nie Moskwa, lecz Kijów, że mamy do czynienia nie z Rosją, tylko z problemami naszego tragicznego XVII wieku, chmielnicczyzną”. Polacy mieli chwilę nadziei, że z wykształconą częścią zachodnich Ukraińców w przyszłości dojdzie do „zgody i porozumienia”, niedługo jednak musieli czekać na gorzkie rozczarowanie.
Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa nie tylko niczego nie dodaje do tego, co Polakom (chcącym wiedzieć) wiadomo, lecz zagłusza to, co już wiedzą, i stara się ich wiedzę uczynić nieważną. Krótko mówiąc: pomniejsza tę wiedzę. Polscy mieszkańcy Włodzimierza Wołyńskiego rozproszyli się po kraju, wielu zginęło, ale ci, co przeżyli, zdążyli opowiedzieć, co w ich mieście się działo. Owe bezprzymiotnikowe „bandy”, o których mówi Andrzej Przewoźnik, składały się z opętanych nacjonalizmem Ukraińców i wcale nie potrzebowały „inspiracji” ze strony Rosjan do mordowania polskich żołnierzy. Robiły to, zanim w mieście pojawiło się NKWD. Pojedynczych żołnierzy zabijały już przed 17 września, pan Przewoźnik musi o tym wiedzieć. Niech uważa, bo może niechcący rozkopać mogiłę, gdzie znajdzie na to dowody tak niezbite, że nie oprze im się nawet jego urzędowa ignorancja.
Karolina Lanckorońska w paru zdaniach uchwyciła istotę wrogości między Polską, Ukraińcami i Rosją. Ta ostatnia była wroga Polsce jako imperium, „państwo petersburskie”, jak pisał Norwid (radykałowie powstania listopadowego ubolewali, że między Rosjanami a Polakami nie ma wrogości „rasowej”, i starali się do niej doprowadzić, co na jakiś czas udało się następnemu powstaniu). Ten rodzaj wrogości podlega logice stosunków międzypaństwowych. Wrogość polsko-ukraińska ma charakter odmienny, etniczny, w przejawach zupełnie irracjonalny, chociaż mający, oczywiście, jak najbardziej rzeczywiste przyczyny. Te przyczyny już nie istnieją, ale są niejako wygrzebywane z grobów historycznej pamięci.
W Polsce politycy i dziennikarze mają proste wyobrażenie o polityce wschodniej: trzeba zwalczać Rosję i wykorzystywać do tego celu Ukrainę, podsycając tam tendencje nacjonalistyczne. Trzeba zapomnieć w miarę możliwości o ukraińskim faszyzmie, o formacjach SS, rzeziach UPA i połączyć symboliczne siły uderzeniowe Katynia i Głodomoru w propagandowej wojnie z Rosją. Tego cynizmu ja się po prostu boję, bo nie wyobrażam sobie, żeby takie połączenie głupoty i złej woli nie ściągnęło na Polskę nieszczęścia. Mądrzejsi starali się wykorzystać ukraiński nacjonalizm przeciw Rosji – czytam właśnie książkę o wojewodzie Józefskim – i co z tego wyszło? Ameryka daleko, a Rosja ma więcej możliwości posłużenia się Ukrainą przeciw Polsce, niż Polska może ją wykorzystać w swej widmowej wojnie z Rosją, teraz lub kiedykolwiek. Środki, jakich Polska używa w swej polityce antyrosyjskiej, realnie niewiele więcej mogą niż armia z terakoty.

Wydanie: 32/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy