Demokracja, demokracja…

Wątpię, czy w jakimkolwiek tygodniu i jakimkolwiek miejscu tyle razy odmieniono wyraz “demokracja” przez wszystkie przypadki i liczby, jak działo się to w tych dniach w Warszawie, gdzie spotkali się równocześnie ministrowie spraw zagranicznych głównych państw demokratycznych, a także obradujący razem z nimi, choć w osobnych pomieszczeniach, demokratyczni intelektualiści.
Egerią tego spotkania była pani Madelaine Albright, amerykańska sekretarz stanu, a jego animatorem prof. Bronisław Geremek, którego pani Albright, rozrzewniona doktoratem honoris causa na Uniwersytecie Gdańskim, nazwała bohaterem, za co prof. Geremek rewanżował się, nazywając ją Damą Stanu i Amerykanką Europy Środkowej – ponieważ pochodzi z Czech, gdzie ponoć jest bardzo nie lubiana.
W sumie więc było niezwykle miło, a prof. Geremek nie mógł sobie piękniej wyobrazić swego łabędziego śpiewu jako minister spraw zagranicznych.
Tyle tylko, że nawet czytając jedynie sprawozdania prasowe z kolejnych sesji i dyskusji obu gremiów, trudno było oprzeć się wrażeniu, że podczas całych tych obrad zgromadzeni odczuwać musieli dosyć wyraźną woń trupa w szafie i to znacznie świeższego niż ten, którego swego czasu wytropiła w szafie SLD Barbara Labuda. Ten trup, a może jego duch, ingerował też parokrotnie w przebieg obrad i podejmowane uchwały. Tak więc na przykład doprowadził do tego, że końcowej deklaracji demokratycznych ministrów nie podpisał rząd Francji, bądź co bądź, kolebki nowoczesnej demokracji, a w deklaracjach intelektualistów zabrakło, zdaniem jednych – potępienia Rosji za wojnę w Czeczenii, zdaniem zaś drugich – potępienia wszystkich innych, którzy podobne wojny prowadzą w różnych miejscach na świecie, na przykład nie tak dawno w Timorze. W sumie więc obie demokratyczne deklaracje końcowe wypadły dość blado i deklaratywnie, a ich treścią jest stanowcze stwierdzenie, że demokraci powinni umacniać demokrację.

Zależy tylko, co się przez demokrację rozumie. Otóż obrady obu gremiów nie pozostawiły nam żadnej wątpliwości, że demokracją jest system amerykański, a także lansowana przez ten system globalizacja gospodarcza, której przyświecają ideały liberalizmu. Myślę, że z powodu tej właśnie definicji nie podpisali końcowego dokumentu Francuzi, którzy na demokrację mają nieco odmienny pogląd, co zaś do dobrodziejstw liberalnej globalizacji, poddał je w wątpliwość sam George Soros, wielki kapitalista, który od czasu swojej książki “Kryzys światowego kapitalizmu” z godnym szacunku uporem powtarza, że jeśli kapitalizm nie zrozumie, że istnieją inne i ważniejsze wartości niż wolny rynek, to zginie, grzebiąc przy okazji swoich klientów.
Trupem w szafie tej imprezy było więc w skrócie to, że miała ona stanowić ideologiczną podpórkę dla kłopotów, na jakie napotyka obecnie polityka amerykańska.
Są one dwojakiego rodzaju. Po pierwsze więc, na skutek konsolidowania się Europy, a także wobec faktu, że po zakończeniu zimnej wojny samo hasło “wolnego świata” okazuje się już niewystarczające, aby przewodzić światu realnemu, Amerykanom jest coraz ciężej zdobywać jednomyślne międzynarodowe poparcie dla swoich poczynań i zamiarów. Widać to było wyraźnie podczas wojny o Kosowo, kiedy to – na skutek obecności Rosji, Chin, a także krajów muzułmańskich i prawosławnych – nie udało się uzyskać dla tej wojny aprobaty Rady Bezpieczeństwa i Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dlatego też w czasie obrad w Warszawie zgłoszono pomysł, aby w ramach ONZ powołać stały “klub państw demokratycznych”, a nawet już ustalono następne, po warszawskim, spotkanie tego klubu w Korei.
ONZ uchodziła dotychczas za organizację demokratyczną i to nie dlatego wcale, że była jednomyślna, ale właśnie dlatego, że reprezentowała różne głosy i różne opinie wszystkich państw świata. Stanów Zjednoczonych, ale i Chin, Wielkiej Brytanii, ale i Kuby, Hiszpanii, ale i Rosji. To prawda, że z tej racji w ONZ trudno jest uzyskać jednomyślność, ale czy łatwo jest uzyskać jednomyślność w demokracji? Otóż ten model jest obecnie dla administracji amerykańskiej niewygodny i należy, zdaniem konferencji warszawskiej, a więc pani Albright, wydzielić z tej zbieraniny prawdziwych demokratów, z którymi łatwiej się będzie Amerykanom dogadać. Po prostu demokracja jest dla demokratów, a nie dla pozostałej hołoty, z jej rozmaitymi nieszczęściami, problemami i w dodatku z pustymi kieszeniami.
Drugim kłopotem demokratycznej konferencji okazał się ten właśnie cały, obrzydliwy, realny świat, gdzie obok miejsc rajskich, jak Kalifornia, Lazurowe Wybrzeże czy Bermudy istnieją także miejsca przeklęte, jak Etiopia, Sierra Leone czy Bangladesz. W kilku bardzo pięknych artykułach, drukowanych w “Gazecie Wyborczej” paru uczestników spotkania intelektualistów zatrąciło o problem narastającej w świecie nędzy i głodu, którego rozmiary na przykład w Afryce osiągają charakter masowego ludobójstwa, na które patrzymy ze spokojem. Ale globalizacja w swojej obecnej wersji nie jest remedium na tę tragedię. Globalizacja, jaką się nam dziś proponuje, jest znowu raczej propozycją wydzielenia z realnego świata klubu społeczeństw bogatych, cywilizowanych i, oczywiście, demokratycznych oraz pozostawienia całej reszty swojemu własnemu losowi.
Nikt w żadnej oficjalnej deklaracji nie zająknął się o tym, że albo bogaty świat zrezygnuje z części chociażby swego bogactwa i szczęścia, i rzuci się na pomoc głodującym, albo przyzwoli na głodowe ludobójstwo, po czym sam zostanie zapewne rozszarpany dłońmi zdesperowanych i poniżonych. Słowem, nikt nie wziął całkiem serio przestrogi, o której mówi już Ewangelista: “Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie spadł na was znienacka jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi” (Łk, 21, 34-36).
Na domiar złego wiele wskazuje na to, że w tym potrzasku znajdzie się w pierwszym rzędzie właśnie demokracja, o której tak dużo i tak miło mówiło się tego lata w naszej stolicy. KTT

Wydanie: 28/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy