Rzeczy smutne

Rzeczy smutne

Historycy IPN mają już dobrze zasłużoną opinię. Są uczciwi w tym znaczeniu, że swoje dzieła opatrują informacją, że pochodzą one z firmy IPN. Przydałaby się jeszcze informacja, że oni sami w pewnej liczbie pochodzą z UOP, chwalebnej służby specjalnej, która już nie istnieje. Swoje istnienie IPN zawdzięcza w głównej mierze staraniom szefa owego UOP.
Ipeenowska szkoła we własnym mniemaniu miała odkłamać najnowszą historię, ogłosić czystą prawdę o latach komunistycznej niewoli, totalnie zdemaskować totalitarną PRL, wyrugować ze świadomości społecznej wszystko, co tam z czasów PRL-u pozostało. Zbyt atrakcyjny to program, żeby inni historycy go się nie chwycili. Niestety, nie są oni na tyle uczciwi co tamci. Sprzedają denaturat, ale na butelkach nie dają wizerunku trupiej czaszki i skrzyżowanych piszczeli.
Kongres Ruchu Narodowego wywołał dwu-, może trzydniowe echo, co znaczy, że przeważyła opinia, że ten Ruch jest zjawiskiem mało ważnym. Jedni twierdzili, że nie ma o czym mówić, bo narodowcy z takim programem i takim językiem, jaki zaprezentowali, nie mogą wygrać wyborów. Na to odpowiadam, że w demokracji tylko demokraci dochodzą do władzy drogą wyborów. Niedemokraci mają inne sposoby, znane wszystkim lub tylko im. Weźmy pod uwagę choćby coś tak zarazem oczywistego i nieokreślonego jak atmosfera umysłowa, wytwarzana za pomocą krzyku i uzwyczajniania przemocy. Może ona skutecznie sprzyjać partiom pokrewnym Ruchowi, a zasiedziałym na scenie politycznej i wybieralnym. Inni twierdzą, że narodowcy nie są groźni, ponieważ są groteskowi. Na to odpowiadam, że byliby oni groteskowi, gdyby nie to, co polityka historyczna, realizowana przez państwo rękami historyków i tak zwanych historyków, już w świadomości Polaków spowodowała. A to, co spowodowała, jeśli nie jest równie jak hasła Ruchu groźne, to jest równie groteskowe.
Jeden z tych historyków, którzy „odkłamują” historię PRL, został zapytany przez gazetę, co sądzi o programie Ruchu Narodowego. Jego odpowiedź godna jest zacytowania. „To powrót do czasów PRL, która była ucieleśnieniem narodowych marzeń o hierarchicznej organizacji narodu. (…) Co więcej, narodowcy mówią, że żyje w nich duch Bolesława Chrobrego. A przecież to Władysław Gomułka uważał się prawie za inkarnację Chrobrego. Tu kłania się polityka historyczna PRL nazywająca komunizm przedłużeniem piastowskiej tradycji” (Piotr Osęka, „Gazeta Wyborcza”, 10 czerwca, tytuł wywiadu: „Jak w PRL. Gomułka też kochał Chrobrego”). Co najmniej połowa historyków „odkłamujących” PRL może się pod tym podpisać. Taki jest rezultat mrówczej pracy badawczej historyków, i tych spod znaku IPN, i tych sprzedających jagodziankę bez piszczeli. Co na to można odpowiedzieć? Ruch Narodowy nie jest powrotem do czasów PRL. Władysław Gomułka nie uważał się prawie za inkarnację Chrobrego. Polityka historyczna PRL nie nazywała komunizmu przedłużeniem piastowskiej tradycji. Gdy w kraju panują poglądy, do których należy czynić takie sprostowania, narodowcy nie muszą się wysilać. Jakąkolwiek brednię wygłoszą, wszystko ujdzie. Pod względem fałszu mogą nawet nie doścignąć Piotra Osęki.
Narodowcy nie sięgają po wzory do ideologii panującej w PRL, przeciwnie, doprowadzają do skrajności negację wszystkiego, co się kojarzy z tamtymi czasami. Podobnie jak naukowiec Piotr Osęka uważają, że największą obelgą jest utożsamić coś lub kogoś z PRL-em. Nie wywodzą się z ONR ani Młodzieży Wszechpolskiej okresu międzywojennego, bo tylko nieliczni wśród nich coś o tych organizacjach wiedzą ze słyszenia lub druku. Nie w ten sposób nabywa się przekonań. Są wychowankami III Rzeczypospolitej, jej nacjonalistycznych rytuałów, jej odwetowego etosu (przez 20 lat nie było ani jednej amnestii dla uwięzionych i oskarżonych z powodów politycznych, bo rzekomo ich nie ma). Oni tylko doprowadzają do skrajności i brutalnie wysławiają to, co instytucje państwowe i wielkie media krzewią w języku obłudnie „patriotycznym”.
Narodowcy swoich przeciwników uważają za komunistów i zwalczają „michnikowszczyznę” sierpem i młotem. Historyk specjalista od PRL Piotr Osęka piętnuje narodowców jako przebranych komunistów. I co mu zrobisz?

Wiadomość z posiedzenia sejmowej podkomisji: przewodniczący klubu PO Rafał Grupiński powiedział: „Nie mamy dnia pamięci ofiar niemieckich i sowieckich, dlaczego mamy mieć dzień pamięci ofiar ukraińskich? Czymże były zbrodnie Ukraińców wobec hitlerowskich i sowieckich?”. W małej liczbie słów poseł zawarł bardzo dużo niewiadomości. Po pierwsze, mówić „zbrodnie Ukraińców” to niestosowność mniej więcej tego rodzaju, co mówić o „polskich obozach koncentracyjnych”. Ukraińcy byli podzieleni – że też ciągle trzeba o tym mówić – nacjonaliści mordowali także swoich rodaków i współwyznawców religijnych. Rzezie miały miejsce na terenie Ukrainy „polskiej”, komu udało się uciec na Ukrainę radziecką, był uratowany. Grupiński jest przekonany, że zbrodnie radzieckie niebywale przewyższają zbrodnie banderowców, bulbowców i innych odmian UPA. W rzeczywistości to zbrodnie UPA były na Wołyniu i w Galicji Wschodniej liczniejsze i nieporównywalnie okrutniejsze niż sowieckie. To retoryczne „czymże były” jest charakterystyczne dla mieszkańców Polski centralnej i zachodniej, którzy do dziś nie mają pojęcia, co się na Kresach działo, i odpowiednio do swojej obojętności uważają działaczy organizacji kresowych za dziwaków i oszołomów. Za takie stanowisko, jakie zajął poseł Grupiński, PO zostanie ukarana utratą pewnej ilości wyborców w województwie podkarpackim, co mnie wcale nie cieszy. Pani wiceminister spraw zagranicznych też nie błysnęła znajomością rzeczy. W 1943 r. Polacy wiedzieli, czym są Niemcy i czym Sowieci, a mimo to uciekali przed UPA pod opiekę jednych lub drugich, zależnie od tego, którzy byli bliżej.

Wydanie: 25/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy