Spytajcie Ebiego

Spytajcie Ebiego

W piłce jak w życiu – trzeba mieć trochę szczęścia, by wygrywać. A szczęście zwykle sprzyja lepszym. Ta maksyma jak ulał pasuje jako komentarz do przegranego meczu z Niemcami. Zabrakło jednej minuty, by nasi zremisowali, tak jak kiedyś reprezentacja Piechniczka. Bo wygrać z Niemcami nie udało się nam nigdy. Nawet Orłom Górskiego.
Po takim meczu, po tak ambitnej walce, po tym, ile zdrowia nasi piłkarze zostawili na boisku w Dortmundzie, remis byłby rozstrzygnięciem bardziej sprawiedliwym. Z pewnością tak. I może nie tylko remis, bo Niemcy byli w środę do ogrania.
Czego więc zabrakło, by biało-czerwoni, a zwłaszcza ich kibice, mogli świętować pierwsze historyczne zwycięstwo?
Co trzeba było zrobić wcześniej, na długo przed finałami, by pomóc niedowidzącej sprawiedliwości? Nie byliśmy przecież faworytami mistrzostw i nie mogła tego zmienić nawet niebotyczna premia za tytuł. Bo wiadomo było wcześniej, że Polacy nie podzielą między siebie 6 mln dol. Ale kwota, o którą walczyli, dobitnie pokazuje, że w piłce nawet największe pieniądze niewiele znaczą, gdy nie staje umiejętności.
Nie trzeba powoływać komisji śledczej, by ustalić, dlaczego Polacy są słabsi od rywali. Jeden z głównych powodów obnażyło spotkanie z Niemcami. Żadna to zresztą tajemnica. Znają go dobrze i trenerzy, i piłkarze. Nie jest przecież normalne, by od początku meczu zamartwiać się, czy nasi piłkarze wytrzymają kondycyjnie. Choć z tym ogromnym tempem meczu to przesada. Były już w Niemczech mecze dużo szybsze i bardziej zacięte. Choćby w wykonaniu Wybrzeża Kości Słoniowej.
Przygotowanie fizyczne to wielka zmora polskiej piłki. Górski mógł zebrać drużynę na miesiąc, biegać po górach i budować formę. Tak się dziś nie da. Nikt nie zwolni piłkarzy z klubów na tak długo. Teraz piłkarz sam musi zadbać o siłę i kondycję. A jak i kiedy to zrobi, to jego problem. Nasi piłkarze niestety bez karbowego nie potrafią ciężko pracować.
Zawodnik, który przed końcem meczu prosi trenera o zmianę, jest po prostu nieprzygotowany do tak trudnych zawodów.
I to nie wina Janasa, że paru piłkarzy chciało zmiany przed gwizdkiem sędziego. Przyjechali nieprzygotowani, co potwierdziły badania, i powinni wrócić do domu. Tylko kto wówczas by zagrał? Janas, moim zdaniem, słusznie nie powołał paru zasłużonych piłkarzy. Jakaż była z tego powodu awantura! A tak naprawdę powinien być jeszcze bardziej rygorystyczny i zostawić jeszcze paru. Janas jest pragmatyczny i kompetentny. Niestety, jest także samotny. Nie wspiera go kierownictwo związku. Krytykują trenerzy, a najbardziej ci bez sukcesów. Z telewizji nie wychodzą piłkarze, którzy nie pojechali na mundial, i plotą takie bzdury, że ludzie oglądają mecze bez fonii. Zajadłym krytykom Janasa mówię, że nawet najwybitniejsi trenerzy, jacy są na mistrzostwach, nie byliby w stanie z polskich piłkarzy zrobić zespołu porywającego grą piłkarski świat.
Przy skromnych umiejętnościach technicznych jedynym atutem naszej drużyny mogłaby być żelazna kondycja i wola walki. A do tego żaden trener piłkarzy nie zmusi. Skutki widzieliśmy w środę. Jak była ambicja, to zabrakło sił. Przykre to, ale uczciwe postawienie sprawy. Słomianym zapałem bez potwornie ciężkiej pracy niczego wielkiego w piłce się nie zwojuje. Jak ktoś nie wierzy, to niech spyta Ebiego Smolarka.

Wydanie: 25/2006

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy