Dość polityki. Coś o nauce

Dość polityki. Coś o nauce

Chyba wszyscy mamy już dość polityki. Zawetuje, nie zawetuje? Weto albo śmierć i nie weto, to… (No, no, trzeba być konsekwentnie twardzielem, nie „miękiszonem”! Który tam wymiękł?). Weta nie ma i wszyscy żyją. Ale „miękiszony”! Obrzydliwie bredzący Rydzyk i bezmyślnie bijący mu brawo ministrowie rządu Najjaśniejszej. A wszyscy stłoczeni z jawnym pogwałceniem przepisów sanitarnych.

Kto tego nie ma dość? Ja mam. Dlatego nie będzie dziś nic o polityce. Będzie o nauce.

Jakoś dystans dzielący naukę polską od światowej, który miały skrócić reformy Gowina, złośliwie i na przekór wielkiemu reformatorowi jeszcze się wydłużył. Najlepsze polskie uczelnie w światowym rankingu jeszcze się omsknęły z czwartej do bodajże ósmej setki! Praca na etacie naukowca jeszcze bardziej niż przed Gowinową reformą polega na wypełnianiu niezliczonych papierów, pisaniu sprawozdań, projektów, liczeniu punktów i slotów, wyliczaniu współczynników (bez których nie mogą się obejść projekty i sprawozdania) i uczestniczeniu w towarzyszących tym czynnościom zebraniach niezliczonych komisji.

Nieszczęście nauki polskiej polega na tym, że większość niewielkich w sumie środków finansowych przeznaczonych dla niej z budżetu wydaje na rozliczne szkoły wyższe o marnej kadrze naukowej, na utrzymywanie i odtwarzanie infrastruktury tych szkół oraz opłacanie rzeszy obsługujących je urzędników, portierów, konserwatorów itd. Drugim nieszczęściem jest to, że naukowcy, oprócz tego, że zarabiają marnie, nie bardzo mają czas na uprawianie nauki. O czasie na rozwój intelektualny i kulturalny nawet nie mówię. Na to wszystko nakłada się pandemia z wszelkimi jej ograniczeniami. Zamknięte biblioteki, nawet kawiarnie, utrudnienia w przemieszczaniu się, brak osobistych kontaktów środowiskowych, a w konsekwencji brak normalnej dyskusji i wymiany myśli, bez której rozwój nauki jest trudny, a humanistyki w ogóle niemożliwy. Wszystkie Zoomy, Microsoft Teamsy razem wzięte, uzupełnione mejlem czy SMS-em, nie zastąpią kontaktów osobistych. Wystarczy pomyśleć, co by było z polską i światową matematyką, gdyby naszym „genialnym” uczonym zamknęli przed wojną we Lwowie Szkocką.

Gowinowa reforma, nie wiem, czy świadomie, czy zwyczajnie z niewiedzy, zarzuciła wypracowaną przez lata (a nawet przez wieki) istotę nauczania akademickiego. Dotąd było niepisanym założeniem (czymś tak oczywistym, że nikomu nie przyszło do głowy, by wpisywać to do jakiejś ustawy), że istotą nauczania akademickiego jest to, że nauczający sam ma twórczy wkład w dyscyplinę, którą wykłada. Teraz można zostać nawet profesorem uniwersytetu, niczego samemu nie badając, niczego nie publikując, tylko „dobrze” (to znaczy jak? ładnie?) wykładając cudze myśli i cudze wyniki badań. Mamy za to zdefiniowane w ustawie, co to jest monografia, a co to takiego artykuł. Pomyśleć, że bez tych ustawowych, dobrze zdefiniowanych pojęć uczeni pisali jednak monografie i artykuły, i to czasem całkiem niezłe! Mało tego, bez podliczania zdobytych punktów za publikacje jakoś na ogół orientowano się, kto jest uczonym wybitnym, kto przeciętnym, a kto w ogóle w dyscyplinie się nie liczy. Jakby tak dobrze, wedle ministerialnych reguł, podliczyć punkty np. Alberta Einsteina albo dowolnego noblisty, to okazałoby się, że więcej punktów zebrał jakiś biegły w prawidłach punktozy doktor albo choćby i profesor polskiego prowincjonalnego uniwersytetu.

Tak, teraz ten jest większym uczonym, kto ma więcej punktów. A że wedle tej samej skali punktuje się dorobek profesora i asystenta, profesor nie ma czasu na zajmowanie się asystentem, tylko wytrwale sam produkuje potrzebne mu punkty. Gdyby tak resort edukacji i nauki, zamiast obmyślać kolejne „krajowe ramy kształcenia” oraz punktacje dla wydawnictw i czasopism, dał pracownikom, nie mówię, że więcej pieniędzy, ale choćby tylko trochę więcej czasu na pracę naukową, myślę, że efekty byłyby szybko widoczne. Oczywiście wśród polskich naukowców nie brakuje patentowanych leni, ale przecież w swojej masie ludzie ci na ogół lubią uprawianie nauki. Nauka jest naprawdę ich pasją i byłoby dobrze, gdyby tej pasji mogli poświęcić więcej czasu.

Czasem ta pasja jest chyba wręcz przesadna. Niedawno jeden profesor kryminalistyki tak się zachwycił swoim przedmiotem, że doparzył się „piękna w przestępstwie”. Wydał na ten temat nawet książkę. Zachwyca się tam trupami pięknych kobiet, kolekcją błon dziewiczych ze zbiorów jednego z zakładów medycyny sądowej. Dostrzega piękno krwawych plam na śniegu… Hm, nekrofilią to nieco pachnie, ale autor uważa, że napisał „prolegomena do estetyki sądowej”. Niech mu będzie. Już Zembaty śpiewał, że „w prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem”, tyle że on kpił, a profesor tak całkiem serio. Ale z dwojga złego już wolę, gdy uczony bezkrytycznie wielbi przedmiot swoich badań, niż jak się nim w ogóle nie zajmuje. Jednak populacja profesorów, jak każda inna, rozkłada się według krzywej Gaussa. Tyle samo jest tych bezkrytycznych wielbicieli, co i takich, którzy swojej pracy nie lubią i unikają jej, gdy tylko mogą. Większość zaś lokuje się gdzieś pośrodku i byłoby dobrze, gdyby mogli spokojnie pracować, a niezbędną także w nauce biurokracją zajęli się fachowi urzędnicy, niekoniecznie z tytułem profesora.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 51/2020

Kategorie: Felietony, Jan Widacki