Mały spór o wartości

Mały spór o wartości

Bez uprzedzeń

Z działaczami Związku Młodzieży Socjalistycznej zetknąłem się podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim. To, czym się zajmowali, wydawało mi się nudne i bez znaczenia. Ale mogłem się mylić. Później miałem ciągle do czynienia z młodzieżą, lecz o ZMS nie słyszałem od ludzi nic złego ani dobrego. Wiadomość wyczytana w „Gazecie Wyborczej”, że ta organizacja patronowała budowie zakładów petrochemicznych w Płocku, sprawiła mi przyjemność. Wprawdzie nie wiem, na czym polegało to patronowanie, ale już samo zainteresowanie się młodzieży budowaniem czegoś wielkiego i pożytecznego dla kraju budzi we mnie żywą aprobatę. Myślę, że patronowanie nie było wyłącznie symboliczne, musiało wyrażać się w robieniu czegoś, co realnie było pomocne w budowaniu zakładów petrochemicznych. Według „Gazety Wyborczej”, uczestnicy tamtych działań powinni się wstydzić, a tymczasem występują z projektem wystawienia pomnika. Działacze SLD, na których poparcie projektodawcy pomnika liczyli, po publikacjach „Gazety Wyborczej” przestraszyli się i dali sygnały, że nie chcą z tym mieć nic wspólnego. Nie wykluczam, że ten oportunizm i ta gotowość rezygnacji z własnego poglądu ma coś wspólnego ze szkołą ZMS. Jest to jednak kwestia drugorzędna. Problem zasadniczy jest taki: za jakie czyny należy ludziom stawiać pomniki? Wydaje się oczywistością, że należy najwyżej cenić te działania, które służą urzeczywistnianiu wartości najwyżej przez społeczeństwo cenionych. O jakie wartości najbardziej ludziom chodzi? O co najbardziej się starają? Jakie to cele skłaniają ich codziennie do wczesnego wstawania i udawania się w miejsce pracy i do samej tej pracy? O co najczęściej strajkują? Co jest przedmiotem najpowszechniej występującej troski w rodzinach? Są to oczywiście pytania retoryczne. Gdybyśmy byli społeczeństwem niezakłamanym, nieoszukanym przez mitotwórców wszystkich obrządków, najwięcej wdzięczności okazywalibyśmy tym, którzy najwięcej przyczynili się i przyczyniają do naszego dobrobytu, do budowania domów i dróg, rozwijania przemysłu, udoskonalania upraw i hodowli. Im wystawilibyśmy pomniki, ich nazwiskami znaczyli miejskie ulice i place. Postępowalibyśmy jak Holendrzy, którzy pomnik postawili wynalazcy konserwowania śledzi w beczce. Polskie miasta z ich marnymi pomnikami i nazwami ulic są objawem narodowego rozdwojenia jaźni: co innego cenimy w rzeczywistości, co innego głosimy w sferze symbolicznej. Polska nie jest wyjątkiem pod tym względem, jest tylko skrajnością posuniętą do absurdu. Było w Krakowie dwóch Ingardenów: jeden zbudował wodociągi miejskie, drugi był filozofem. Jest ulica Ingardena, ale tego drugiego, filozofa. Któremu też należało się wyróżnienie, ale drugiego stopnia i w dalszej kolejności. Rozejrzyjmy się po naszych miastach dużych i małych: kogo my czcimy, jakie zasługi z punktu widzenia naszego realnego systemu wartości mieli ci, których nazwiskami poznaczono ulice? Codziennie jeżdżę ulicą 29 listopada, w domyśle roku 1830. wtedy garstka niskich rangą sfrustrowanych wojskowych i literatów zdetonowała powstanie (mordując od razu najlepszych polskich generałów), w wyniku którego autonomiczne, konstytucyjne i liberalne Królestwo Polskie, polskie nie tylko z nazwy, przestało być autonomiczne, konstytucyjne, liberalne i polskie. Najlepiej nie myśleć, jak się ta ulica nazywa, jeśli jednak pomyślę, czuję istnienie symbolicznego ucisku na tej ulicy. I na wielu innych. Każde miasto lub prawie każde ma już ulicę generała Okulickiego. Jaki generał lub cywil wyrządził Warszawie, a tym samym i Polsce większą szkodę niż ten Okulicki?
Odstraszanie przez „Gazetę Wyborczą” płockich działaczy SLD przed budową pomnika trzeba oczywiście rozpatrywać w innym kontekście. Jest to przede wszystkim akt niesamowitej nietolerancji wobec innych niż własne poglądów politycznych. Należy on do „polityki wobec przeszłości”. Projekty dekomunizacyjne przewidują zniszczenie wszystkich pomników pozostałych po PRL. Gdy tak zwana prawica wróci do władzy, te projekty odżyją. Umiarkowane środowiska post-„Solidarności” zadowalają się programem minimalnym: nie stawiać żadnych nowych pomników upamiętniających cokolwiek dobrego z czasów PRL. Zachodzi wielka różnica między oszołomami dekomunizacji a tymi umiarkowanymi, ale nie pod każdym względem: małoduszni są jedni i drudzy.
Jak wspomniałem na początku, nie miałem okazji wyrobić sobie poglądu na Związek Młodzieży Socjalistycznej w czasach PRL. Pomysł uczczenia pomnikiem patronatu tej organizacji nad budową wielkich zakładów przemysłowych bardzo mi się podoba. Dopatruje się w nim drobnej i jeszcze niepewnej zapowiedzi zwrotu umysłów w stronę racjonalniejszej hierarchii wartości. Ale obawiam się, że spotka mnie rozczarowanie: może na tych zetemesowców wystarczy krzyknąć, tupnąć i oni wyrzekną się swego zdania?

 

 

Wydanie: 28/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy