Ogórek, lincz i kreatywna księgowość

Sierpień jest zwykle sezonem ogórkowym. Wszędzie, ale nie w kraju Ubu Króla, w której to sztuce nasz kraj pełnił rolę podobną do Danii w „Hamlecie”, choć oczywiście znalazł się na wyższym poziomie uogólnionej śmieszności. Akcja toczyła się „w Polsce, czyli nigdzie”, ponieważ nie istniał wówczas na mapie nasz ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochane i miasta, i wioski, w niebycie była też wtedy nasza droga, którą wskazują Słońce i Gwiazda.
Słońce, wiadomo, to ten, kto najjaśniej świeci, a Gwiazda to neopost-„Solidarność” powołująca się na dawne ideały, trochę odgrzewane stare kotlety w nowej panierce.
U nas oficjalnie nie ogłoszono sezonu ogórkowego, ponieważ w sierpniu przyjeżdża z przyjacielską wizytą Papież i kto żyw znosi dla niego prezenty. Są wśród nich również ogórki, tyle że małosolne i kiszone. Myśleliśmy, że dzienniki TV będą pokazywały wyłącznie katastrofy, powodzie, pożary, czasami jakieś zrośnięte dzieci, które udało się rozdzielić i Papieża, jako remedium na gniew boży. Jak się tak patrzy uważnie na to, co pokazują, na zwłoki dorosłych i dzieci, to miłosierdzie boskie robi się wirtualne. Jak potrzebujesz, człowieku, pomocy i zmiłowania, nic ci nie pomoże. Chyba że mizerykordia, cieniutki sztylecik do dobijania konającego, żeby nie cierpiał.
Reporterzy telewizyjni leniwi jak muchy łażące w upale po mięsie na bazarkach, bo dziś już nie ma przekupek, co to skrzydłem ptaka, może nie orła, ale powiedzmy kaczki, z patriotycznym poświęceniem wachlowały leżący na stołach drób, no więc wszędobylscy żurnaliści dostarczają ciekawostek w rodzaju araba kupionego na aukcji przez szejka of Arabii, to jakbyśmy Niemcom sprzedawali mercedesy. Jednym słowem, ludności zostają tylko lorneta i meduza (są to: dwie pięćdziesiątki i galaretka z nóżek), jednym słowem „smutek tropików”, jak zauważyła pewna kelnerka z kurortu, podając lodowate jajko na twardo i ciepłego szampana.
Wiele miejsca w mediach zajmowała kreatywna księgowość. To nowe, modne określenie. Tak nazywa się złodziejstwo, jeżeli odbywa się ono na astronomiczną skalę u naszego wielkiego przyjaciela Jerzyka Busha, czyli – nomen omen – „Krzaka”. Wpienił się wielki przyjaciel i chce porządki zrobić, ale dziennikarskie niewyparzone gęby z marszu wypomniały mu jakieś przekręty z czasów, gdy był zwykłym kowbojem, a nie kowbojem prezydentem.
Pewien szejk powiedział o Bushu: „To jest człowiek, który powinien chodzić spać o ósmej”. Niby nie jest to obraźliwe, ale trafność tej obserwacji śmieszy do łez.
Wydawało się, że u nas w sierpniu z powodu pielgrzymki nawet złodziejskie kreatywne życie zamarło, w wakacyjne dnie i noce kwitnie na plażach prokreacja kontrolowana (nowy rodzaj kreatywności feministycznej, gdy kobieta mówi: dziecko, tak, ale tylko wtedy, kiedy chcę i z kim chcę), sądziliśmy, że ten stan będzie trwał aż do wizyty Papieża.
A jednak na małe złodziejstwo przydomowe zapowiadana z szumem husarskich skrzydeł wizyta nie ma wpływu. Na naszym osiedlu kradną wszystko, co zostawi się w ogrodzie, za zamkniętą furtką, pranie suszące się na sznurze, węże ogrodowe, plastikowe krzesła, kwiaty wiszące w donicach, posadzone krzewy i drzewka, a nawet rozchodniki. A nie jest to Bronx, tylko kulturalne osiedle domków, gdzie zresztą mieszka minister SWiA, Krzysztof J.
To samo w mieście, to samo na wsi. Nasza znajoma po 18 włamaniach do letniego domku na Mazurach chce go sprzedać, tylko że nikt nie chce kupić, po co komu domek bez futryn? Mówiło się kiedyś o chłopach „Żywią i Bronią”, to hasło należy zmienić na „Kradną i Śmiecą”. Wystarczy przejechać się po lasach. Nie ma się co obrażać, oczywiście, że zdarza się jeszcze i dziś spotkać uczciwego człowieka, ale wystarczy tego, co jest, by uznać nas za kraj brudasów i złodziei. Papież, nawet jak już zostanie świętym, nie pomoże, bo ludność cierpi na przewlekły relatywizm moralny.
Wcale nie choruje nań intelektualista żonglujący jak kuglarz abstrakcyjnymi pojęciami, ale jest nim dotknięty statystyczny polski złodziej amator. Chciałoby się poznać wyniki badań OBOP-u, dowiedzieć się, jak wygląda polski pasztet uczciwości: zwykłe fifty-fifty czy pasztet zajęczy – pół konia, pół zająca, z przewagą złodziei.
Tak było spokojnie, a tu nagle jak nie walnie, jak nie huknie, kamery poszły! Wszystko za sprawą hasła: pomożecie? pomożemy! Szwaczki naskarżyły na prezesa, że im nie płaci pensji, czy była to z jego strony kreatywna księgowość, czy co innego, bada sąd. Silna grupa pod wezwaniem ruszyła, mimo że nie znała człowieka, i dalejże wymierzać mu rewolucyjną sprawiedliwość. Po prostu bój w hucie!, choć przez samo h. Czerwony Komisarz rozgrzany do białości zapowiedział, że to dopiero początek. Policja stała, bo nie otrzymała rozkazu, reporterzy, wyposzczone i zgłodniałe sensacji charty, fotografowali, jak kopie się i bije człowieka, bo taki jest psi imperatyw kategoryczny tego zawodu. Na ich oko nie było zagrożenia życia prezesa. Czy wiadomo, od kiedy jest zagrożone?
Gazety opisując wydarzenie, używały słowa lincz, które też zrobiło się modne. Napisano, że prezes został zlinczowany. Na szczęście nie do końca. Został „tylko” poturbowany, to był samosąd, nie lincz, ale przecież w sprawie rewolucyjnego wymiaru sprawiedliwości klasa robotnicza nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Klasa, dodać trzeba, wierząca i kochająca swego Papieża nad życie. Oczywiście, nad życie prezesa.

 

Wydanie: 33/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy