Na pięćdziesiąt procent

Jeden z moich znajomych zwykł był mawiać, że „Polska jest krajem na pięćdziesiąt procent”. Znaczyło to, że jest tu zawsze na pięćdziesiąt procent źle, ale z drugiej strony na pięćdziesiąt procent dość nieźle, na pięćdziesiąt procent panuje wolność, ale też i na pięćdziesiąt procent rządzi ucisk, społeczeństwo zaś nasze jest na pięćdziesiąt procent mądre i przenikliwe, a na pięćdziesiąt procent lekkomyślne i nierozważne.
Ta sceptyczna opinia sprawdza się także dzisiaj. Dlatego też jest całkiem możliwe, że obecne srogie zamieszanie, wyglądające z pozoru na śmiertelny konflikt polityczny, okaże się konfliktem na pięćdziesiąt procent, który się rozmaże, zaklei, rozpapra i w rezultacie nic z tego nie wyniknie poza jakimiś tam partyjnymi przegrupowaniami. I za pół roku albo za rok najdalej, po wyborach, kiedykolwiek one nastąpią, społeczeństwo znowu będzie żądać rozwiązania Sejmu i rozpisania nowych wyborów, zdolnych rzekomo uzdrowić sytuację.
Owo życie i myślenie na pięćdziesiąt procent ma swój wdzięk jak stary rozciągnięty sweter lub wysiedziany fotel. Daje poczucie swojskości. Nie za bardzo natomiast sprzyja rozstrzyganiu czy załatwianiu czegokolwiek, co czasami jest jednak niezbędne.
Jesteśmy właśnie w takim momencie. Wskazuje na to rozpętana obecnie gorączka lustracyjno-teczkowa, która nasilając się i rosnąc, pociąga za sobą reakcję łańcuchową, tak jak przed ponad stuleciem we Francji pociągnęła ją za sobą tzw. sprawa Dreyfusa, która na długie lata podzieliła opinię francuską.
Z pozoru wyglądała ona wręcz niepozornie, znacznie mizerniej niż nasza afera teczkowa. Oto bowiem skazany został na dożywotnie zesłanie na Wyspę Diabelską u wybrzeży Gujany kapitan francuskiego sztabu generalnego, Alfred Dreyfus, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Prus. Wyrok na Dreyfusa był sfingowany, brakowało w nim dowodów, poza tym, że Dreyfus był Żydem. Ale ten właśnie proces rozpalił francuską opinię, włączył się weń w obronie skazanego wielki pisarz Emil Zola, po chwili zaś – chociaż kolejne etapy sądowe sprawy Dreyfusa ciągnęły się przez 10 lat prawie – Francuzi zrozumieli, że chodzi tu o coś znacznie więcej niż o życie jednego żydowskiego kapitana. Chodzi o prawa człowieka. Chodzi o niezawisłość sądów. Chodzi o rasizm. Chodzi o francuski system polityczny. Chodzi o podział na francuską demokrację i nacjonalistyczna reakcję. Sprawa Dreyfusa stała się trwałą linią podziału.
Taki sam, a nawet większy potencjał kryje się w teczkowej lustracji. Już w tej chwili widać wyraźnie, że owa lustracja, a więc poszukiwanie agentów tajnych służb PRL-u, którzy wyrządzili krzywdę innym ludziom, zamienia się w dekomunizację, a więc w poszukiwanie ludzi, których działanie przyczyniało się do działania i trwania systemu, jaki panował w Polsce przez prawie 50 lat i który nazywa się obecnie systemem komunistycznym. A skoro szuka się tych ludzi, aby ich ukarać czy odseparować, to w domyśle mieści się także przekonanie, że był to system zbrodniczy. Już dzisiaj przecież upowszechnia się myśl, że zakończenie II wojny światowej 9 maja 1945 r. nie było żadnym wyzwoleniem Polski – nie mówiąc już o jej zwycięstwie militarnym, odniesionym przy boku radzieckich i zachodnich sojuszników – lecz jej nową okupacją. A skoro było radziecką okupacją, to kto kolaborował z okupantem? Czy tylko ci, którzy rządzili na najwyższych szczeblach, czy też także ci, którzy rządzili na szczeblach niższych, na przykład w fabryce albo na uczelni, albo w teatrze, albo w gminie? A także ci, którzy służyli w wojsku, w milicji, pisali do gazet, należeli do jakichś organizacji, do partii, ale także do tzw. stronnictw sojuszniczych, ZSL, SD? A może też do PAX-u, Znaku albo do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej? A dlaczego nie ci również, co brali z rąk okupanta dyplomy, paszporty, ordery, robili kariery?
Sprawa się rozciąga, leci jak oczko w pończosze, nie widać jej końca.
Tym końcem był dotąd Okrągły Stół, to znaczy spotkanie Polski Ludowej z przeciwnikami panującego w tym państwie ustroju. Zdarzenie, które uważaliśmy niemal za cud. Podstawą tego spotkania i zawartego wówczas kompromisu było przyjęte przez obie strony założenie, że obie poszukują wspólnego dobra, a także że obie są legalne. Legalne jest państwo i legalna jest opozycja reprezentowana przez „Solidarność”.
Ale również i to założenie jest dzisiaj przedmiotem ataku, a ludzie, którzy siedzieli przy Okrągłym Stole, zwłaszcza zaś po stronie „Solidarności”, z Wałęsą włącznie, coraz częściej ocierają się o opinię zdrajców.
Można oczywiście lawirować pośród coraz bardziej pokrętnych sformułowań, nie dopowiadać rzeczy do końca, ale jest to taktyka krótkonoga. Obecni zwolennicy lustracji i dekomunizacji nawołują, aby obejrzeć się za siebie i rewaloryzować naszą przeszłość i w tym akurat mają rację. Pod warunkiem że oznaczać to musi prostą odpowiedź na proste pytanie: czy Polska Ludowa była, czy też nie była polskim państwem, niezależnie od tego, jaki stopień suwerenności politycznej przypadł jej w wyniku światowego rozdania politycznego i jaki stopień wolności obywatelskich w kraju był konsekwencją tej sytuacji?
Z odpowiedzi na to proste pytanie wynika cały ciąg dalszy. Odpowiedź „nie” usprawiedliwia powszechną lustrację, dekomunizację, delegalizację Okrągłego Stołu i pogrążenie się w tym wszystkim, w co właśnie zaczynamy się pogrążać.
Odpowiedź „tak” natomiast czyni z tego zatrważający nonsens. Pomiędzy tymi odpowiedziami przebiega linia, która podzieli nasze społeczeństwo, tak jak Francuzów podzieliła sprawa Dreyfusa.
Czy zdajemy sobie z tego sprawę? Nie wiem. „Polska jest krajem na pięćdziesiąt procent”. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Ludzie, których dzisiejszym hasłem politycznym jest wypalenie do cna nasion zdrady zasianych przez Okrągły Stół, sami siedzieli przy tym stole, ludzie zaś, których kariery rozkwitły w Polsce Ludowej, bez wahania mówią o „Trzeciej Rzeczypospolitej”, godząc się w ten sposób, że owa Polska Ludowa po prostu nie istniała, skoro nie figuruje w numeracji republik.
Czy podział polskiej opinii, owa dogłębna rewizja przeszłości jest nam potrzebna?
Myślę, że tak. Zresztą mleko i tak już się rozlało. Jedyne więc, co można obecnie zrobić, jest doprowadzenie do świadomości społecznej istoty toczącego się sporu. Jest ona bardzo prosta i dotyczy życia każdego z nas, wszystkich, którzy żyli przed rokiem 1990, a także ich potomstwa. Musimy sobie po prostu odpowiedzieć na pytanie, w czym żyliśmy i jak żyliśmy pomiędzy rokiem 1945 a 1989: we własnym państwie, wobec którego odczuwaliśmy obywatelski obowiązek, czy bez własnego państwa?
Wszystko inne jest konsekwencją tej odpowiedzi. Której, jak dotąd, udzielamy sobie na pięćdziesiąt procent.

Wydanie: 8/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy