Turbokapitalizm niszczy sport

Turbokapitalizm niszczy sport

Zawsze kochałem sport. Grałem w piłkę nożną, siatkówkę, piłkę ręczną, koszykówkę, hokeja, skakałem w dal. Nieźle się zapowiadałem. Moje umiejętności sportowe zapewniały mi uznanie na podwórku i w szkole, co w przypadku bardzo dobrego ucznia, którym byłem, ratowało mi często skórę (szkolni twardziele byli moimi kumplami z boiska). Jak każdy chłopak marzyłem o karierze piłkarza. Zwyciężyła jednak miłość do książek, pozostała pasja kibica. Przede wszystkim hokejowego. Nie zapomnę meczów rozgrywanych na lodowisku bydgoskiej Polonii. Nie miało ono zadaszenia, a temperatura czasami spadała grubo poniżej zera. Marzliśmy niemiłosiernie. Jednak emocje były tak wielkie, a my tacy młodzi, że nic nie mogło nam zaszkodzić (z powodu wieku nie rozgrzewaliśmy się, tak jak dorośli, herbatką z prądem pitą z termosów). Szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziły derby, czyli mecze z lokalnym rywalem, znakomitym Pomorzaninem Toruń. Były to złote czasy polskiego hokeja, nasza drużyna narodowa grała zawsze w grupie najlepszych i czasami sprawiała wspaniałe niespodzianki – wygrała np. z hegemoniczną w owym czasie drużyną ZSRR. Kibicowałem także bydgoskiemu Zawiszy, choć w piłkę wolałem raczej grać, niż przyglądać się, jak grają inni.

Jednak nie o swoich przygodach ze sportem chciałbym tutaj pisać. Chodzi mi bowiem o rzecz ważniejszą. O to mianowicie, co ze sportem zrobił turbokapitalizm. Otóż zabił on ducha wspólnotowości, zniszczył lojalność i bezinteresowność. Pozbawił sport poezji i ducha. Kiedyś drużyny były skądś, w sensie reprezentowania jakiejś wspólnoty. Ich członkowie byli przywiązani do barw klubowych, transfery zdarzały się niezwykle rzadko i były zawsze przyjmowane z oburzeniem przez kibiców. Sportowców i kibiców łączyła miłość do miejsca – lokalny patriotyzm. Liczyła się przede wszystkim drużyna; indywidualna kariera, chociaż ważna, nie przysłaniała przywiązania do wspólnoty. Dziś w wielkim sporcie nic z tego nie zostało. Sportowcy są jak zaciężni żołnierze, idą tam, gdzie im lepiej zapłacą. Liczy się ich indywidualny interes. Są przedsiębiorstwami, nastawionymi przede wszystkim na zysk. Zmieniają kluby i miejsca zamieszkania, czasami jedynie udając sentyment do tych, w których pobyli nieco dłużej. Ich wartość to przede wszystkim wartość rynkowa – ile można na nich zarobić i ile oni sami mogą zarobić. Sport dzisiaj to biznes taki sam jak każdy inny. Kluby są często spółkami akcyjnymi i muszą zarabiać, ich właściciele mogą nawet nie lubić sportu, nie ma to znaczenia. Kibice wciąż udają przed sobą i resztą świata, że jakaś drużyna to ich skarb – choć wszyscy jej członkowie to „wojsko zaciężne” – aczkolwiek coraz częściej dociera do nich, że to jedynie biznes i nic więcej.

Wielkie pieniądze skorumpowały sport, tak jak korumpują każdą dziedzinę naszego życia. Niszczą wartości wyższe, odzierają nasze życie z poezji i tego, dla czego w ogóle warto żyć: bezinteresownej miłości do ludzi i miejsc. W ten sposób stajemy się coraz bogatsi materialnie i coraz ubożsi duchowo. Karlejemy. Jak porównać dzisiejszych sportowców do uczestników greckich olimpiad? Ci ostatni zadowalali się wieńcem laurowym i wieczną sławą. Dzisiejsze gwiazdy sportu to bardziej chodzące kalkulatory, nienasyceni zdobywcy wysokich pensji i premii za zwycięstwo. Nagradzani nieproporcjonalnie do swoich zasług, narcystyczni i próżni. Publiczność zaś to darmowi marketingowcy, dzięki ich przywiązaniu lepiej sprzedają się gadżety okołosportowe, owe kubki, koszuli i czapeczki z logo klubu.

Co będzie jednak, gdy i kibice zrozumieją, że są jedynie narzędziem w rękach możnych sportowego świata, którzy bezlitośnie żerują na ich niedzisiejszym umiłowaniu bycia razem, tworzenia wspólnoty, na ich pasji i sympatii? Kiedy odwrócą się od plastikowego sportu wielkich pieniędzy, nieautentycznych wzruszeń i fabrykowanych uczuć? To pytanie o kwestie ważniejsze niż sam sport. To pytanie o przyszłość świata, z którego wyparowały bezinteresowność i poezja, miłość i przyjaźń, które nie dbają o wzajemność i w pogardzie mają jakkolwiek definiowany zysk. Bezlitośnie płaskiego świata wiecznej kalkulacji i ciągłego nienasycenia. Ludzi traktowanych jak towary i towarów traktowanych jak ludzie. Świata niebędącego w stanie zrozumieć pasji grupy chłopaków z kiepskiej dzielnicy prowincjonalnego miasta, którym wydawało się przez kilka godzin w tygodniu, że są najszczęśliwsi na świecie, kibicując swojej drużynie złożonej z zawodników, którzy grali, bo kochali grać, a nie grali, bo kochali pieniądze. Świata bogatego i pustego. Jeśli duch prawdziwego sportu ocaleje, to jedynie w maleńkich i biednych klubach z miasteczek i wsi, gdzie jeszcze pozostało coś z ducha dawnej wspólnoty. Gdzie nie ma pieniędzy, a standard szatni woła o pomstę do nieba, lecz zachowało się trochę autentyzmu, szczerości i naiwności. Resztki niekapitalistycznego świata. Sensu.

Wydanie: 33/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy