Satrapa i trzech reformatorów

Satrapa i trzech reformatorów

Partia Kaczyńskiego nie daje o sobie zapomnieć. PiS, niezależnie od tego, czy rządzi, czy jest w opozycji, ma identyczną metodę działania. Totalna konfrontacja. Agresywny atak non stop na wszystkich i wszystko, co staje na drodze do państwa rządzonego wszechmocnie, nawet nie przez Prawo i Sprawiedliwość, ale najwyższe, nigdy nieomylne kierownictwo. I to kierownictwo jedno-, góra dwuosobowe.
Przez ostatnie tygodnie PiS-owskie media zafundowały nam szmirowate widowisko o dobrych i szlachetnych wiceprezesach PiS, którzy zbuntowali się przeciwko strasznemu despocie Kaczyńskiemu. Trzej świeżej daty demokraci kontra satrapa. Dygnitarze partii i jej wodzowie, czyli Dorn, Ujazdowski i Zalewski ukazali się publiczności w szatach reformatorów. A o swoich planach odnowy partii po klęsce wyborczej informowali publiczność za pomocą tajnych listów do członków PiS. Tak tajnych, że od rana były one cytowane przez media. Nawet Ludwik Dorn, na którym wieszano, i słusznie, wiele razy psy, doczekał się życzliwości mediów. Pewno na chwilę, bo z tej trójki tylko on może być jeszcze przydatny prezesowi Kaczyńskiemu. Przecież do czego mógłby prezes jeszcze potrzebować Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Zadania powierzone mu przez PiS były minister kultury i dziedzictwa narodowego wykonywał sumiennie i z wielką starannością. Zasługi Ujazdowskiego w odzyskiwaniu dla PiS kultury nie zakończyły się na szczęście dla Polski większym sukcesem. Tyle że nie jest to wynik braku chęci i gorliwości ze strony zawieszonego wiceprezesa PiS, ale ograniczeń, które mu towarzyszą od dawna. Mizerny talent niepoparty większą pracowitością daje zwykle mizerne efekty. Z dwuletniego pobierania przez Ujazdowskiego pensji ministra mogą być zadowolone tylko liczne instytucje kościelne, dla których był on hojnym mecenasem. Ale żeby z tego powodu ubrać się w szatę reformatora? Kazimierz M. Ujazdowski jest w takiej szacie równie zabawny jak saper z chochlą. Chochla nie występuje tu przypadkowo. Ujazdowski to bowiem klasyczny partyjny wędrowniczek. Krążył od partii do partii i zawsze wiedział, gdzie stoi słoiczek z konfiturą. Ta umiejętność to jednak za mało, by mu dziś uwierzyć w to cudowne bez mała otrzeźwienie.
Do samych wyborów Ujazdowski stał wiernie przy Kaczyńskim. Chyba że za niebywały akt odwagi cywilnej uznamy ówczesne zachowanie Ujazdowskiego, który mrugał do zaprzyjaźnionych mediów, sugerując, że ma inne zdanie niż prezes. Strzelał kopytkami i mrugał. Cały Ujazdowski! Teraz mówi, że nikt w PiS nie może się czuć bezpieczny. Nie wie biedaczek, że za jego rządów większość Polaków czuła się fatalnie. Nie czuli się bezpiecznie, bo szalała władza, której był wiceprezesem. Przecież to nie Jarosław Kaczyński odzyskiwał dla PiS kulturę, tylko Kazimierz M. Ujazdowski, wierny żołnierz prezesa.
Kunktatorstwo pozwala przeżyć. Ba, pozwala się wygodnie urządzić, ale nie słyszałem, by ktoś na tym zbudował jakąś formację polityczną. W jednym Ujazdowski ma z pewnością rację. Strach to najważniejsza cecha partii, którą współrządził i której dobrowolnie nie chce opuścić. Pewno też ze strachu.

Wydanie: 50/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy