Przedwczesne wybory – czarna wizja

Nie jestem entuzjastą pomysłu przedwczesnych wyborów do parlamentu. Prawo stanowi wyraźnie, kiedy one się mają odbywać. Sytuacja polityczna kraju nakazuje wielką rozwagę, a nie pośpiech podyktowany jakimiś niejasnymi, lecz tylko doraźnymi kalkulacjami strategicznymi. Polska scena polityczna jest dramatycznie rozkawałkowana, zaś nasze państwo potrzebuje teraz i zawsze stabilności oraz roztropnego gospodarza. Czy nowe, przedwczesne wybory mogą takiego wyłonić? Nie sądzę. Wystarczy – jak mnie się to często zdarza – pobyć choćby krótko na sali sejmowej, by zrozumieć, jakie zagrożenia dla ciągle jeszcze wątłych struktur władzy mogą się pojawić wraz z nowymi, żądnymi forsy i władzy „wybrańcami narodu”. Nie mamy i boję się, że długo nie będziemy mieli, jakiejś godnej zaufania klasy politycznej pracującej nie dla siebie, lecz dla dobra kraju. Wybuchające raz po raz skandale moralne bądź finansowe wystawiają naszym środowiskom politycznym bardzo złe świadectwo. Wystarczy przyjrzeć się – choćby pobieżnie – poczynaniom niektórych posłów działających w już osławionej Komisji Śledczej do „sprawy Rywina”, by to zrozumieć. Profesor Nałęcz dwoi się i troi, by ta nieszczęsna komisja zachowywała choćby pozory kompetencji i przyzwoitości. Już sam fakt, iż toczą się równolegle dwa postępowania: jedno prokuratorskie, tajne, zapewne rzeczowe, i drugie, stanowiące widowisko ku uciesze gawiedzi, w którym ambicje pokazania się społeczeństwu przez kilkanaście godzin tygodniowo i zabłyśnięcie „wnikliwymi”, choć prawniczo nieudolnymi pytaniami górują nad rzeczywistym interesem społecznym, jakim powinno być ujawnienie prawdy o wydarzeniu. Dla sporej części członków tej komisji owa pożądana społecznie prawda jest czymś zdecydowanie ubocznym. Na pierwszy plan wysuwa się poszukiwanie haków na premiera i zdobycie poklasku możliwie licznego grona czarnosecinnych obywateli. Albo weźmy sprawę skandalu w fundacji kierującej przebiegiem wypłacania odszkodowań za obozy koncentracyjne i niewolniczą pracę. Niemcy płacą pokrzywdzonym spore sumy odszkodowań, ale najwięcej – jak się okazało – otrzymują z tej puli członkowie zarządu tej fundacji, znający niemieckie kaźnie i fabryki broni tylko z opowiadań i fotografii. A przecież wśród winnych uszczuplenia owych tak tragicznie opłaconych należności są także znani politycy, w tym jeden prawicowy były minister. Od wielu lat pracuję w Polskim Czerwonym Krzyżu w licznym gronie ludzi bądź to honorowo oddających rocznie setki tysięcy litrów krwi dla chorych, bądź poświęcających sporo czasu i energii na pracę w strukturach organizacyjnych PCK. Nikomu z nas nie przyszło nigdy do głowy, że można by żądać za to jakichś pieniędzy. Bywało, że członkowie władz PCK podróżowali za granice kraju na własny koszt i w ramach swoich urlopów wypoczynkowych, by załatwiać sprawy naszego stowarzyszenia. I jakoś to idzie, bez sięgania do publicznych pieniędzy. Napisałem niedawno w tym miejscu, że gdybym się nie obawiał, iż po nowych wyborach władza w kraju dostanie się w łapczywe łapy populistów, to sam zgłosiłbym wniosek o skrócenie kadencji obecnego parlamentu, podobnie jak to zrobiłem przed laty, gdy na mój wniosek zdecydowano się na skrócenie kadencji Sejmu kontraktowego. Tylko wówczas było mniej więcej wiadomo, kto ponownie obejmie władzę. Teraz wolno się spodziewać najgorszego, czego zapowiedzią są kolejne wybryki i wygłupy polityków nie tylko z kręgów czysto populistycznych, bo ci ludzie dają koncerty nieodpowiedzialności za słowa i czyny. Można to, co jest prezentowane społeczeństwu w transmisjach telewizyjnych, usprawiedliwiać niewątpliwym faktem przeniknięcia do grona posłów pewnej liczby osobników z wyraźnymi zaburzeniami psychiatrycznymi. Raz po raz oglądamy popisy tych panów w sali sejmowej, choć byłoby lepiej dla kraju, gdyby te widowiska były dostępne tylko pielęgniarzom odpowiednich zakładów służby zdrowia i miały miejsce w pomieszczeniach zamkniętych i na dodatek obitych materacami. Zgoda na wcześniejsze wybory otwiera przed Polską perspektywę wszechwładzy różnych odmian oszołomstwa i chciwości na pieniądze publiczne. Już próbki tego można było doświadczać, gdy na szczyty władzy wdarła się krzaklewszczyzna, ale wtedy był w kręgach rządzących jaki taki hamulec wynaturzeń w postaci pewnej części posłów Unii Wolności, którym co prawda udział w tamtej ekipie rządzącej nie przyniósł chwały, jak zostało to uwidocznione w wynikach wyborów roku 2001, ale patrząc wówczas na salę sejmową, mniej było w nas wstydu za wyborców. Można się pocieszać tym, że przyjrzenie się dziejom parlamentu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 16/2003, 2003

Kategorie: Felietony