Zlituj się, Urszulo

Nie mam żadnego powodu, aby szczególnie ubolewać z powodu odejścia z rządu wicepremier Zyty Gilowskiej. Pani Gilowska jeszcze jako posłanka Platformy Obywatelskiej była zajadłą rzeczniczką polityki gospodarczej, której głównym celem jest przerzucenie kosztów transformacji ustrojowej na ludzi pracy najemnej, a także, która zakłada, że wzrost dochodów ludzi bogatych spowoduje skapywanie bogactwa w dół do ludzi niezamożnych i biednych, co nie sprawdziło się nigdzie. Rację ma też Jacek Żakowski, że pani Gilowska ma także swój oryginalny, własny dorobek, w postaci pomysłu podatkowego 3 x 15, „potanienia państwa” kosztem likwidacji resztek jego obowiązków społecznych czy wreszcie likwidacji tzw. kosztów uzysku dla ludzi nauki i kultury.
Mimo to jednak z pewnym zdumieniem słucham głosów wybitnych skądinąd publicystów, którzy z całą powagą zastanawiają się, czy zwolnienie Gilowskiej na skutek nieznanych także jej samej zarzutów lustracyjnych jest zgodne z prawem i procedurami, czy też reguły te zostały naruszone i Gilowskiej stała się krzywda.
Istnieją dwie rzeczywistości, jedna formalna czy proceduralna, wokół której koncentruje się uwaga inteligentnych nawet publicystów, oraz druga, która dotyczy klimatu życia w Polsce. A więc tego, że żyjemy w państwie coraz bardziej nierzeczywistym, w którym panuje klimat surrealizmu. Źródłem tego klimatu jest destrukcja norm, bez których żadne państwo nie może egzystować, jest też paranoja śledcza, którą dzień po dniu zaczynamy traktować jako coś zwyczajnego, normalnego, powszechnego jak powietrze i zastanawiamy się jedynie, czy regulamin tej paranoi jest przestrzegany, czy też nie.
Można oczywiście patrzeć na to humorystycznie. Pani Gilowska na przykład, porażona zarzutem lustracyjnym, nawoływała za pośrednictwem mediów jakąś Urszulę, ponoć przyjaciółkę sprzed lat, aby „miała Boga w sercu” i zastopowała swego męża, zamieszkałego w Świdniku byłego funkcjonariusza SB i UOP, który zdaniem byłej wicepremier zgotował jej ten cały pasztet.
Gdyby taką scenę umieszczono w „Plebanii” czy w „Samym życiu”, byłoby to wzruszające dla widzów tych seriali wołanie z głębi serca. Ale tu przecież mamy do czynienia z wielką polityką państwową.
Z wielką polityką, na pograniczu wieczności w dodatku, mamy też do czynienia przy lustracji kościelnej. Oto jakiś nieznany dotąd ksiądz zaczął nagle ujawniać dostarczone mu przez IPN, główną obecnie władzę w Polsce, kwity przeciwko innym księżom, za co skarcił go słusznie jego przełożony, kard. Dziwisz. Aliści ów kochający swoich bliźnich w sutannach duchowny ni stąd, ni zowąd przyjęty został przez prezydenta, prokuratora, kogo tam jeszcze, wreszcie przez samego kardynała, który zamiast zakazu nagle zalecił mu kontynuowanie zbożnego dzieła, czego ofiarą padli już prezentowani dotąd jako autorytety moralne księża Czajkowski, Maliński, pewnie ktoś tam jeszcze, a przecież ksiądz lustrator nadal szpera w papierach.
Gdyby ktoś napisał taką sztukę o podgryzaniu się w ramach duchowieństwa, byłaby pewnie zabawna, choć trudno by ją było obecnie wystawić. Ale dzieje się to naprawdę i nie wszyscy się śmieją.
Przykłady takie można mnożyć, wynika z nich, że życie w Polsce toczy się na trzęsawisku, nie ma tu i nie może być żadnych punktów stałych, a tym bardziej autorytetów. Każdy w sekundę może się zapaść w niebyt.
Wicepremier? A cóż to za problem – ustrzelić go może bez trudu mąż Urszuli ze Świdnika. Ksiądz profesor? Nie na takich zebrał już kwity ksiądz lustrator. Kardynał metropolita, świeżo sprowadzony z Watykanu? Zmienia zdanie w ciągu kilku dni, choć przecież „Pan Bóg nierychliwy…”. A opuszczam tu przez zawstydzenie osoby dużo znamienitsze, którymi zajmują się poseł Kurski albo poseł Rokita grożący urzędującemu prezydentowi impeachmentem, czyli postawieniem go przed sąd i zwaleniem z urzędu, bo bez sądu i prokuratury polityki się u nas nie uprawia.
Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie zależy mi na tym, aby tajemnice osób publicznych kryć pod suknem. Nie zależy mi też na tym akurat, aby którakolwiek z wymienionych tu postaci cieszyła się powszechnym autorytetem społecznym jako nieposzlakowana, mądra i dalekowzroczna. Wiem jednak, że żadne państwo nie może funkcjonować bez odrobiny choćby stabilności, zawartej zarówno w ludziach, jak i instytucjach, takich jak na przykład Trybunał Konstytucyjny, którego też nie omija, choć z innego paragrafu, akcja destrukcji państwa.
Można powiedzieć, że jest to zabawa ekskluzywna, tocząca się na szczytach, zwykłemu zaś człowiekowi nic do tego. Ale jednak jaka taka stabilność państwa potrzebna jest wszystkim. Gdy w państwie na masową skalę uprawia się błazeństwo, państwo staje się błazeńskie, co odbija się na sposobie jego traktowania przez innych.
Oto kilka przykładów, których skutki prędzej czy później odbiją się na nas wszystkich.
Czytam więc w „Gazecie Wyborczej” (26.06.br.) szczerą wypowiedź zastępcy sekretarza stanu USA, pana Daniela Frieda, który mówi, że mimo wniosku złożonego przez senatorów Barbarę Mikulską i Ricka Santoruma administracja amerykańska ani myśli znieść wizy dla Polaków, m.in. dlatego, że gdy w kwietniu Senat USA uchwalił poprawkę dotyczącą Polski, „amerykańscy politycy otrzymali masę telefonów od oburzonych dyplomatów z innych krajów Europy Wschodniej”, a sam pan Fried zastanawia się, dlaczego właściwie USA miałyby promować Polskę, a nie Estonię na przykład?
Mieliśmy być „liderem państw naszego regionu”, a teraz nie tylko USA, ale i nasz region pilnuje, aby nie spotkało nas żadne wyróżnienie ze strony Starszego Brata, bo i po co?
Tego samego dnia czytam w „Trybunie” rozmowę z Michaiłem Dieliaginem, szefem moskiewskiego Instytutu Problemów Globalizacji, który mówi równie szczerze jak jego amerykański kolega: „Rozmawiając z Polską, trzeba pamiętać, że rozmawia się równocześnie z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi. (…) I dlatego zupełnie nie wiadomo, po co tracić czas na Polskę, skoro można ją ominąć, porozumiewając się bezpośrednio z ważnymi partnerami europejskimi i USA. Prowadzenie dialogu z Polską jest bardzo trudne, a poza tym nie bardzo wiadomo, po co go prowadzić”.
Przez wiele dni wreszcie czytam wszędzie, jak to honorowo i patriotycznie nasz Sejm przygadał Parlamentowi Europejskiemu za umieszczenie nas obok takiej Francji w rezolucji o wzroście rasizmu, ksenofobii i homofobii w Europie. Ale nigdzie nie mogę się doczytać, aby podobną rezolucję uchwaliło francuskie Zgromadzenie Narodowe.
Nie mają honoru czy co? A może po prostu są poważnym państwem, które poważnie myśli o sprawach, które dotyczą ich obywateli?
Urszulo, zlituj się na Boga, skoro nie ma już nikogo innego, do kogo mogłaby się odwołać nawet pani wicepremier!

 

Wydanie: 27/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy