Rząd się wyleczy

W chwili, gdy piszę ten felieton – w połowie czerwca – strajk lekarzy trwa jeszcze, a nawet się nasila, ponieważ przyłączają się do niego nowe szpitale, niektórzy lekarze zwalniają się z pracy – co po odczekaniu przez nich okresu wypowiedzenia może zmienić sytuację w wielu placówkach służby zdrowia – pielęgniarki zaś odnajdują coraz więcej punktów stycznych z protestem lekarzy. Strajk ten, mimo że uciążliwy, nadal znajduje też zrozumienie wśród pacjentów, którzy uważają, że medycy słusznie upominają się „o swoje”.
A jednak gdy rozmawia się z samymi lekarzami, a także czyta uważnie doniesienia prasowe, coraz częściej słyszy się termin pat, a więc sytuacja bez rozwiązania. Lekarze wykorzystali już praktycznie wszystkie formy nacisku, na jakie pozwala im etyka zawodowa – nie mogą przecież powiedzieć ludziom chorym lub umierającym: a leczcie się sami! – co stawia ich w gorszej sytuacji niż górników lub kolejarzy, natomiast rząd przyjął wobec ich protestu taktykę obojętności.
Jest to rozwiązanie nowe, dotąd niespotykane. Dotychczas, gdy wybuchał jakiś strajk, także w służbie zdrowia, było to dla władzy zaskoczeniem, na które należało zareagować. Obecny strajk żadnym zaskoczeniem nie jest. Zapowiadany był od dawna i to pozwoliło rządowi wypracować nową taktykę – taktykę ignorowania. Można by powiedzieć, parafrazując słynne powiedzenie, że „rząd się wyleczy” pomimo strajku, i tak się akurat złożyło, że sam minister zdrowia osobiście zademonstrował społeczeństwu tę oczywistość.
Nie znaczy to jednak, że naprawdę strajk służby zdrowia jest dla obecnej władzy obojętny. Przeciwnie, wygląda na to, że ten właśnie strajk jest i będzie wykorzystany w przyszłości jako ważny poligon w całej kampanii ideologicznej Prawa i Sprawiedliwości. Zderzenie ze środowiskiem medycznym oznacza bowiem starcie z ważną grupą wykształciuchów, powiązaną w dodatku strukturą korporacyjną. Jest to wzięcie byka za rogi, rodzaj próby przed podobnymi starciami ze środowiskiem prawniczym czy uniwersyteckim, co przecież musi nastąpić.
O znaczeniu strajku lekarzy świadczy szereg faktów.
Pierwszym jest próba kryminalizacji zwalczanego środowiska. Jest to chwyt już wypróbowany i skuteczny, od czasu afery Rywina nie wysuwa się już wobec grup, które chce się zwalczyć, zarzutów politycznych, lecz kryminalne, głównie korupcyjne lub łapówkarskie. Nie przypadkiem przecież aresztowanych pod takimi – zazwyczaj fikcyjnymi – zarzutami lekarzy zatrzymuje się nie w domu lub na ulicy, lecz w szpitalach, i defiluje z nimi przed kamerami. Chodzi tu o zastraszenie środowiska – uważaj, jutro tak ciebie możemy prowadzić… – a także o przekonanie społeczeństwa, że ma do czynienia z grupą korupcjogenną i łapówkarską.
Ten akurat zarzut wobec środowiska lekarzy funkcjonuje idealnie, a to na skutek tego, że wśród większości społeczeństwa istnieją jeszcze rudymentarne uczucia ludzkie, do których należy wdzięczność. Nie ma pacjenta, który po wyleczeniu siebie lub kogoś ze swej rodziny, albo nawet w trakcie leczenia, nie odczuwałby wdzięczności dla lekarza, który to czyni, i nie chciał tego wyrazić – kwiatami, butelką alkoholu, perfum lub innym upominkiem. Nie ma lekarza, który nie spotkałby się z takim ludzkim odruchem, chyba że wszystkich swoich pacjentów odesłał od razu do Bozi, i to w sposób wyjątkowo okrutny. „Dawałem, daję i będę dawał moim wybawicielom w kitlach prezenty”, pisze Ludwik Stomma w „Polityce”. A przecież według ministra Ziobry lub pana Kamińskiego z CBA różnica pomiędzy łapówką a butelką żubrówki jest żadna, różnią się może materialnie, ale nie moralnie. I potrafią oni wykazać to przed odpowiednio poinstruowanym sądem.
Środowisko medyczne strajkuje z powodów materialnych, ale inaczej niż dotychczas. Nie chodzi tu o jakąś podwyżkę, sto lub kilkaset złotych, lecz o ustalenie poborów lekarzy służby zdrowia na innym niż dotąd poziomie prestiżowym. Nie przypadkiem właśnie mnożnik średniej pensji występuje tu jako przedmiot żądań. Na tym też, zdaniem rządu, polega bezczelność medyków, którzy przez system płacowy chcą zmienić strukturę społecznego prestiżu.
W cywilizowanych krajach ta struktura jest oczywista. Lekarz, nauczyciel, uczony, także inżynier należą do elity społecznej, co znajduje wyraz zarówno w okazywanym szacunku, jak i pozycji materialnej, bo, szczerze mówiąc, trudno oczekiwać powszechnego szacunku dla biedaka, którego słabo stać na obiad w restauracji.
Otóż powstanie takiej elity, zwanej niekiedy klasą średnią, jest głęboko niezgodne z populistyczną ideologią PiS i jego koalicjantów. Wydaje im się zdrowsze, gdy uprzywilejowany materialnie jest nawet hochsztapler, bo hochsztaplerem może zostać każdy Polak katolik, niż wykształciuch z racji swoich kwalifikacji. Baza obecnego rządu leży wśród parafian i moherowych beretów, a nie na salach operacyjnych, w laboratoriach, na uniwersytetach i w kancelariach adwokackich. Ci ludzie powinni być i pozostać pracownikami zależnymi od kaprysu pracodawcy jak cała reszta.
Oczywiście, że lekarze w większości zarabiają lepiej, niż wynika to z ich pensji w szpitalach, zarzuca się im więc, że mówiąc o swojej opłakanej sytuacji, kłamią. Ale zarabiają oni swoje pieniądze, biegając między szpitalem a prywatnymi przychodniami, klecąc jakieś praktyki domowe, lecząc „na czarno”. W tych warunkach wydaje się wręcz cudem, że polska służba zdrowia zachowuje jeszcze całkiem przyzwoity poziom zawodowy, ponieważ pracują w niej ludzie przemęczeni i zabiegani. Lekarze twierdzą więc, że chcą pracować w jednym miejscu, przyzwoicie, spokojnie, bez troski o chleb powszedni, lecz raczej o swoje wykształcenie, które powinni stale uzupełniać.
Podoba mi się, że lekarze strajkują nie o pieniądze w dosłownym sensie tego słowa, lecz o strukturę społeczną polskiej służby zdrowia, a także – o czym mówi się mało – o miejsca pracy dla młodszych kolegów, które obecnie zajmują biegający po spółdzielniach i przychodniach profesorowie, docenci i ordynatorzy.
Ten strajk być może nie jest strajkiem politycznym, nie pada w nim jak dotychczas ani jedno zdanie na ten temat. W istocie jednak jest to strajk o zasady. Wśród postulatów lekarskich znajduje się żądanie, aby 6% budżetu państwa zostało przeznaczone na publiczną służbę zdrowia. To wcale nie tak dużo, chociaż niemal dwa razy więcej niż obecnie. Ale leczenie staje się coraz droższe i im więcej leków i aparatur wynajduje sztuka medyczna, aby ratować zdrowie i życie ludzkie, tym uratowanie tego zdrowia staje się droższe, a więc -paradoksalnie – mniej dostępne dla zwykłego człowieka. Jest to problem światowy.
Ale kto ma decydować, jak temu zaradzić w Polsce – strajkujące łapiduchy czy światły rząd?
Oczywiście wszyscy znamy poprawną politycznie odpowiedź. I dlatego z taką ciekawością czekam, czym się zakończy strajk lekarzy. A potem następne podobne strajki korporacyjnych wykształciuchów.

Wydanie: 26/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy