Staronowy Dawkins

Podobno dzień w dzień podwaja się ilość informacji, którymi dysponuje ludzkość. Jeśli zważyć, że kilkaset lat temu podwajała się raz na 500 albo i 1000 lat, człowieka ogarnia podziw, wręcz święta zgroza, ale i zniechęcenie – tego rozwoju już nikt nie ogarnie umysłem. Tylko przypadkiem możemy się dowiedzieć tego czy owego, tylko przypadkiem możemy trafić na książkę godną lektury. Jeszcze 30, 40 lat temu można było sobie pozwolić na dość szerokie lektury ze wszystkich zakresów. Teraz też próbuję, ale już ze świadomością, że to istna beznadzieja – zresztą właściwie po co, skoro odkrycia i poglądy dzisiejsze migną tylko jak krowa widziana przez okno pociągu. Jutro już zobaczymy coś innego. Ale jakże tu czekać do jutra? Na razie jestem niebotycznie opóźniony w lekturach, a to opóźnienie rośnie i rośnie.
„Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa” Richarda Dawkinsa wyszła już parę lat temu, a ja przeczytałem ją dopiero teraz. O Dawkinsie zresztą pisałem już parę razy, bo jest on jednym z najciekawszych neodarwinistów. Jego najsłynniejsze książki to „Ślepy zegarmistrz” i „Samolubny gen”. Chodzi, pokrótce mówiąc, o to, że jesteśmy wszyscy swoistymi przystankami na drodze w przyszłość rozwoju i przetrwania genów, a bez reszty samolubna ewolucja sprawia mylne wrażenie celowości działania. Dawkins jest bardzo pomysłowy, a jego pomysły wywodzą się przede wszystkim z teorii gier.
„Wspinaczka” jest książką podobną. Chodzi o to, że nawet sam Darwin wątpił, czy da się udowodnić, jak tak skomplikowany organ jat oko mógł powstać na drodze ewolucyjnej. Wątpliwości te wracały i później. Otóż Dawkins podejmuje się wspiąć na tę „górę nieprawdopodobieństwa”. Rzeczywiście, przyznaje, że oko nie mogło powstać w jednym skoku ewolucyjnym. Ale jeśli dzieje jego powstania rozłoży się na bardzo wiele etapów, małych ewolucyjnych kroczków, to już owo nieprawdopodobieństwo ogromnie maleje i właściwie całkiem zanika. A poza tym – uwaga, to najciekawsze – zdolność widzenia może być po prostu przypisana życiu. Uczulone na światło mogą być nawet najpierwotniejsze stwory i najbardziej nieoczekiwane organy ciała – są na przykład owady, które widzą organami płciowymi… Nawiasem mówiąc, wyobraźmy sobie, że ludzie – albo lepiej sobie nie wyobrażajmy, bo to nieprzyzwoite (choć bardzo frapujące). Dawkins i tu znajduje racjonalne wyjaśnienie – fotony są wszędzie.
Najlepszym popularyzatorem był illo tempore Maciej Iłowiecki, bo był bezwzględnie lojalny wobec danego autora. Potem, jak wiadomo, stoczył się – diabli wiedzą po co – w politykę. Ale ja nie jestem Iłowieckim, nie stać mnie na taki obiektywizm, mam własne, samolubne cele. I z trochę złośliwą ciekawością śledzę, jak Dawkins pomaleńku wchodzi w pułapkę. Złośliwość bierze się z tego, że ten ewolucyjno-automatyczny świat jest może bardzo ciekawy, ale odrobinę smutny: takie być, aby być, no i co z tego? Jedynym sensem i rzeczywistością neodarwinisty jest DNA, a jedynym wyrazem istnienia jest instrukcja, która brzmi w tym wypadku: „Powiel mnie”. Mniejsza zresztą o jej konkretną treść, ale wraz z twierdzeniem, że „gen to tylko instrukcja”, wkraczamy w świat raczej idei niż materii. Coś analogicznego do tezy, że materia jest postacią energii. A to już trampolina do zupełnie innych wyobrażeń.
Wiem, że to interpretacja poszerzająca, ale myślę, że najzupełniej uzasadniona, bo niby dlaczego nie? Piszę to dla wcale licznych moich czytelników, którzy w listach i telefonach oskarżają mnie o to, co się kiedyś zwało „fideizmem”, czyli – jak zwał, tak zwał – ukrytą wiarą. Otóż ja osobiście nie wiem literalnie nic, do czego szczerze się przyznaję, czyli jestem typowym agnostykiem. Ale wolno mi przecież sobie czegoś życzyć, a życzę sobie, żeby świat był miejscem weselszym i z lepszymi perspektywami. Żebym kiedyś odzyskał swojego kota, a ty, czytelniczko, młodość i żebyśmy mogli pójść razem, no, powiedzmy, na spacer. Cóż więc dziwnego, że szczególnie mnie cieszą argumenty po mojej myśli?

 

Wydanie: 11/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy