Klamra Zdrojewskiego

Klamra Zdrojewskiego

Pan Bogdan Zdrojewski, minister kultury, ogłosił na konferencji prasowej program uroczystości, jakie mają się odbyć w rocznicę 1 września 1939 roku, 4 czerwca 1989 roku oraz w rocznicę zburzenia muru berlińskiego. „Mówił też o filozofii obchodów, które mają spinać klamrą lata 1939-1989. Bo – zauważył – ostatecznym zakończeniem II wojny światowej były wybory ’89 w Polsce i upadek muru dzielącego Berlin” („Gazeta Wyborcza”, 20.08.2009). Filozoficzne przesłanie tych uroczystości będzie zaiste przewrotem w wyobrażeniach ludzkości na temat zakończenia największej wojny w dziejach świata. Zakończenie to było bardzo piękne, bo demokratyczne, czego świat nie zauważył, ponieważ nie był przyzwyczajony do tego, że wielkie wojny kończą się wyborami parlamentarnymi.
Opierając się na samych trywialnych faktach zadekretowaną przez ministra Zdrojewskiego datę zakończenia II wojny światowej można podawać w wątpliwość, ale od czego mamy filozofię? Przenosząc dyskusję w sferę filozofii, zwłaszcza postmodernistycznej, uwalniamy się od krępujących faktów i możemy głosić dowolną brednię, zwłaszcza gdy dotyczy polityki. Według ministra Bogdana Zdrojewskiego różnice między okresem 1939-1945 a tym, co się działo w latach 1945-1989, są na tyle nieistotne, że za pomocą „spinającej klamry” można z tego zrobić jeden wojenny okres. W pierwszym okresie Polacy i Żydzi z nie do końca wyjaśnionych przyczyn albo pchali się do Oświęcimia i Majdanka, albo bawili się w chowanego w lasach, albo naumyślnie stawali na linii strzałów karabinowych i armatnich, a jeśli chodzi o warszawiaków, to w liczbie 700 tysięcy naraz urządzili sobie wycieczkę poza swoje miasto, które w tym momencie przestało też istnieć. Drugi okres wojenny minister Zdrojewski rozpoznaje po tym, że ludziom odechciało się takich żartów, a poza tym nic istotnego się nie zmieniło.
Jeżeli polski rząd reprezentowany w tym przypadku przez ministra kultury uważa II wojnę światową za niedokończoną w roku 1945, to można sobie łatwo wyobrazić rząd innego państwa, który nie zgadza się na zakończenie wojny 4 czerwca 1989 roku, bo przecież istnieją jeszcze pewne nieodwrócone skutki wojny, o których były prezydent Wrocławia mógł nawet coś słyszeć.
Gdyby Bogdan Zdrojewski zdobył się na oswobodzenie swojego umysłu od nacisków kolektywu partyjnego, do którego należy, od wymagań karierowych, od paranoicznej, IPN-owskiej wizji przeszłości obowiązującej tak samo w PO, jak w PiS, gdyby wystąpił jako myśląca na własną odpowiedzialność osoba, nigdy by takich niedorzeczności nie wygłosił ani nawet nie pomyślał. W dyskusji o polityce jednakże, jak zauważył Schumpeter, ludzie z nielicznymi wyjątkami tracą połowę swoich zdolności umysłowych. Prawdą w polityce jest to, co służy zdobyciu i utrzymaniu władzy, fałszem, co temu przeszkadza. Są też bezinteresowne fałsze wynikające z pustoty lub ducha czasu, które niczemu nie służą.
Co Zdrojewski i podobni mu politycy chcą osiągnąć za pomocą „spinania klamrą” czasów wojny i czasów pokoju i datowania zakończenia wojny światowej na 4 czerwca 1989 roku? Mało im tego, że wskutek niedołęstwa przeciwników wygrali wybory i zdobyli władzę nad krajem, chcą jeszcze chwały zwycięzców w przedłużonej w ich wyobraźni II wojnie światowej.
W Europie Wschodniej i Środkowej widzimy nasilającą się bałkanizację polityki historycznej, przypominającą jugosłowiańską wojnę „pamięci” poprzedzającą rozpad. Tytuły jeden po drugim w gazecie z jednego dnia: „Angela Merkel do wysiedlonych: nie rozdrapujcie ran”, „Coraz gorzej między Węgrami i Słowakami”, „Rosyjska TV o Hitlerze i Stalinie”, poza tym komentarz na te tematy, w którym czytamy, że Rosjanie głoszą swoje błędne poglądy, „żeby nas zdenerwować”. I rzeczywiście potężnie „nas” zdenerwowali. Pakt Ribbentrop-Mołotow wywołuje szalone namiętności, jakby był zawarty w tym miesiącu, a nie siedemdziesiąt lat temu, i jakby Blitzkrieg i wywózki na Syberię miały dopiero lada chwila nastąpić. W tym szaleństwie jest zapewne jakaś metoda, ale ja, człowiek prostoduszny, jej nie chwytam. Zawstydzają Stalina, że zawarł sojusz z Hitlerem, ale nie mówią, że Hitler powinien był się wstydzić sojuszu ze Stalinem. Widzą więc między tymi tyranami jakąś różnicę, której ja nie widzę. Co było do 17 września 1939 roku w Polsce do opanowania, to Niemcy opanowali; posuwanie się do wschodniej granicy byłoby dla Werhmachtu już tylko zwykłą podróżniczą fatygą, a nie walką. Niemcy nie potrzebowali sowieckiej pomocy, żeby podbić całą Polskę, tak jak nie potrzebowali polskiego udziału w zajęciu Czech, ale co im szkodziło podzielić się hańbą najpierw z Polską, a następnie ze Związkiem Sowieckim?
Czym kierują się dziś nasi prawicowi i lewicowi przyjaciele z Niemiec, przyjmując polski pogląd w sprawie paktu Ribbentrop-Mołotow? Nie ulega wątpliwości, że niemieckie brzemię winy staje się nieco lżejsze, gdy się przyjmie, że bez udziału Sowietów Niemcy nie napadłyby na Polskę.
Polacy moim zdaniem małodusznie i szowinistycznie zachowują się wobec niemieckich pragnień upamiętnienia tzw. wypędzeń. Trudno orzec, która klęska geopolityczna była największa w XX wieku, niemiecka czy rosyjska? Z pewnością wyrządzamy Niemcom szkodę moralną, przeszkadzając im w upamiętnieniu przesiedleń, które były najważniejszą częścią tej klęski i stratą nie do odrobienia.
Co Niemcy stracili przez Polaków w sprawie muzeum przesiedleń, to sobie częściowo odbierają, przyłączając się do polskiej polityki historycznej w sprawie paktu Ribbentrop-Mołotow.
W gazecie „Dziennik” czytamy: „Według Niemców pakt Ribbentrop-Mołotow powinien zajmować centralne miejsce w europejskiej pamięci. ťDie WeltŤ napisał, że jego skutki Europa odczuwa do dziś. Według komentatorów dziennika (…) stawianie znaku równości między komunizmem i ideologią nazistowską to akt solidarności z byłymi krajami bloku wschodniego”. Jak widzimy, „Die Welt” również stosuje klamrę Zdrojewskiego: nazizm, którego Polska doświadczyła w latach 1939-1945, i komunizm, jaki zapanował do 1989 roku, to systemy do tego stopnia podobne, że można między nimi postawić znak równości, i „Die Welt” w akcie solidarności z nami taki znak stawia.
Richard Pipes, profesor z Harvardu, którego wypowiedzi często cytowałem z aprobatą, mówi w wywiadzie dla „Dziennika”, że „komunizm był nawet bardziej opresywnym systemem niż nazizm”. Zgadzam się w tym znaczeniu, że dla Rosjan komunizm był gorszy niż nazizm dla Niemców. „W hitlerowskich Niemczech – mówi Pipes – Aryjczycy, czyli większość ludności, nie odczuwali prawie wcale tego, że żyją w państwie totalitarnym”. Dla nowych pokoleń nie jest więc zrozumiałe, dlaczego Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, państwa liberalne i demokratyczne, nie stanęły po stronie mniejszego zła, czyli nazizmu, lecz zawarły sojusz z mocarstwem komunistycznym. (Warto przeczytać pod tym kątem artykuł w „Gazecie Wyborczej” na temat serialu BBC o II wojnie). Jak im było nie wstyd współdziałać ze Stalinem? (Francuzi w swojej masie zachowali się mądrzej, przyjmując postawę wyczekującą, żeby przyłączyć się do tego, kto zwycięży).
Jak widzimy, w miarę upływu czasu z wojny światowej wycieka wszelka realność, staje się ona figurą retoryczną. Empiryczny, „egzystencjalny”, doprowadzony do skrajności podział typu: wróg-sojusznik po kilkudziesięciu latach wydaje się polemiką ideologiczną. Rooseveltowi i Churchillowi zarzuca się, że się w niej trochę pogubili.

Wydanie: 35/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy