Wielki świat i ciemnogród

Wielki świat i ciemnogród

Początkowo chciałem ten felieton zatytułować „Wielki świat i zaścianek”, ale doszedłem do wniosku, że zaścianek na określenie mentalności i postaw ministra Glińskiego, posła Mularczyka, Jacka Kurskiego czy redaktora Warzechy, nie mówiąc już o doktorze Jakim, byłoby dla nich zbyt nobilitujące. Zaścianek to osada zamieszkana przez drobną szlachtę. Była to szlachta wprawdzie zacofana, niewykształcona, zabobonna, zdewociała, często wisząca na klamce u sąsiada magnata, ale przecież na ogół poczciwa, pracowita i ojczyźnie, tak jak ją pojmowała, oddana.

Weźmy takich Dobrzyńskich z „Pana Tadeusza”, Butrymów z Laudy opisanych w „Potopie” albo Bohatyrowiczów z „Nad Niemnem”. Porównanie ich do indywiduów wyżej wymienionych z nazwiska byłoby dla szlachciców obraźliwe. Ciemnogród, czyli – jak głosi słownik języka polskiego – miejsce, gdzie nie dociera kultura, postęp, gdzie panuje zacofanie i kołtuństwo, lepiej do opisu tego towarzystwa pasuje.

Olga Tokarczuk, wielka dama polskiej literatury, doceniona przez świat, jak najsłuszniej uhonorowana Nagrodą Nobla, to biegun przeciwny.

Uroczystość wręczenia jej Nobla oraz piękne i mądre przemówienia wygłoszone przy tej okazji pokazały nam świat lepszy niż ten, który na co dzień funduje nam miejscowy ciemnogród. Udowodniły, że świat może być inny od tego, o którym marzą i który próbują zbudować w Polsce prezes, jego służalcy i wyznawcy. I że dzięki takim osobom jak Olga Tokarczuk jesteśmy też częścią tego lepszego świata.

Wielki sukces pisarki, sukces polskiej literatury, to sukces Polski, nasz wspólny. Dla polskiego ciemnogrodu to jednak klęska. Stąd taka jego reakcja.

Okazuje się, że minister Gliński, próbujący administrować nie tylko polską kulturą, ale także polskim dziedzictwem narodowym, nie przeczytał do końca żadnej powieści naszej noblistki. Mimo to próbuje ją pouczać, że jej proza jest zbyt mało patriotyczna. Mimo wysiłków intelektualnych nie zrozumiał nawet jej noblowskiego wykładu, o czym świadczy choćby jego twierdzenie, że pisarce brakuje „bardziej odważnego zmierzenia się z wartościami”. Gdyby doczytał, wiedziałby, że Tokarczuk, podobnie jak kiedyś Miłosz czy jeszcze wcześniej Norwid w swojej twórczości, bezustannie mierzy się z wartościami. Ale to dla Glińskiego za trudne. Najwyraźniej nie jest on w stanie odczytać literackiego przekazu trudniejszego niż „Betlejem polskie” Rydla. A jego twierdzenie, z nutą wątpliwości, że Nagroda Nobla „pewnie jej się należała”, było już czystym chamstwem.

Zaproszenie noblistki do ministerstwa nawiązało do pewnej tradycji. Jeden z poprzedników Glińskiego, minister Zdzisław Podkański, dla którego orkiestry dęte ochotniczych straży były najwyższą zrozumiałą formą kultury, zamierzał kiedyś zaprosić do ministerstwa Józefa Czapskiego. Problem jednak był w tym, że Czapski nie żył już od kilku lat. Nie wiem, o czym Podkański zamierzał z Czapskim rozmawiać. Gliński chce Tokarczuk pouczyć. Przekonać do polityki historycznej PiS, naprowadzić na jedynie słuszne tory patriotyzmu, tak jak on go pojmuje. Dziwiłbym się, gdyby Olga Tokarczuk to zaproszenie przyjęła.

Na temat noblistki i jej pisarstwa wypowiedziały się publicznie takie potęgi intelektu, jak redaktor Warzecha, poseł Mularczyk czy doktor Patryk Jaki.

Warzecha, choć nic Tokarczuk nie przeczytał (sądząc po jego wypowiedziach, chyba w ogóle niewiele w życiu przeczytał) i choć myśli, że Prus dostał Nobla, jest nie najlepszego zdania o jej pisarstwie, a jak najgorszego o tych, którym to pisarstwo się podoba.

Mularczyk, któremu obliczanie należnych nam reparacji wojennych od Niemiec całkowicie zablokowało myślenie, recenzując sztokholmską laudację na cześć Olgi Tokarczuk, zdobył się na dowcip, że Akademia Szwedzka powinna… przeprosić nas za potop. Gdybyż to był dowcip. Nie do takich dowcipów przyzwyczaił nas prezydent Duda. Ale on – zdaje się – ten idiotyzm wypowiedział całkiem serio!

Pisarstwo Olgi Tokarczuk nie podoba się też Patrykowi Jakiemu. Ten świeżo upieczony doktor, wypromowany w Akademii Sztuki Wojennej, obronił pracę o więziennictwie, której promotorem był pewien wojskowy uczony, z profesji nawigator. Spóźnioną recenzję pracy Jakiego i to nie o więziennictwie, ale w samym więziennictwie nadesłał ostatnio Marian Banaś. Zdaje się, że nie jest pozytywna. Swoją drogą nie wiem, co o tym doktoracie sądzi reformator nauki wicepremier Gowin. Pewnie swoim zwyczajem przyjął do wiadomości, ale się nie cieszył. A może się cieszył? W końcu Jaki i jego promotor nawigator wskazali pionierską drogę budowania nowych elit. Mam nawet hasło: „Ze swoim nawigatorem – zostaniesz szybko doktorem”.

Na koniec prezes od telewizji, Jacek Kurski. Kierowana przez niego TVP zrobiła więcej, by zminimalizować sukces Tokarczuk, niż potrafiła telewizja za PRL, by zminimalizować sukces Miłosza. To sztuka. Ale też wstyd. Teraz, być może, prezes pochwalił, ale kiedyś prezesa nie będzie, a wstyd pozostanie.

Obecność Olgi Tokarczuk w Sztokholmie, światowe uznanie dla niej, ale przede wszystkim jej pisarstwo, pokazują, że Polska nie musi być podła, głupia i ciemna. Polska może być i jest piękna, mądra i szlachetna. A my możemy z tej Polski być dumni, równocześnie wstydząc się, jak Tokarczuk, za aktualny rząd. Prymas Wyszyński mawiał, że rządy się zmieniają, ale naród trwa. I dziś warto jego słowa przypomnieć.

Wydanie: 51/2019

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy