Pusty talerz i pełne serce

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Kilka tygodni temu wydrukowałem felieton o pustym talerzu wigilijnym i zaapelowałem do czytelników, prosząc ich o zdanie i komentarz w tej sprawie. No i rozdarł się worek z listami: wszystkim korespondentom serdecznie i szczerze dziękuję, rzeczywiście wyjaśnili sprawę bodaj już ostatecznie. Przypomnę, o co chodziło. Zacząłem czas jakiś temu podejrzewać, że zwyczajowo stawiane na stole wigilijnym dodatkowe nakrycie nie czeka ot tak sobie na głodnego i zbłąkanego byle kogo, ale jest czymś w rodzaju ołtarzyka dla starych bogów czy może przodków i kochanych przez nas zmarłych. Legenda o rzekomej polskiej gościnności akurat tego wieczoru została skompromitowana przez dziennikarzy, którzy wchodząc do przypadkowych domów, próbowali się wprosić na Wigilię – zostali zewsząd z niesmakiem przepędzeni. Tradycja natomiast mówiła, że to miejsce jest przeznaczone dla zesłańców syberyjskich albo powracających z tatarskiego jasyru. Nie bardzo chciałem w to wierzyć, sądząc, że jest to relikt z czasów pogańskich jeszcze. Ale dowodów na to nie miałem. A teraz już mam.
Listy na ogół popierały moje zdanie. Przy okazji – cóż to za kocioł ta Polska! Czytelnik pisze do mnie z Białogardu, ale powołuje się na tradycje z Wołynia, następna korespondentka mieszka wprawdzie w Gdańsku, ale jej wspomnienia dotyczą Kielecczyzny i tak praktycznie stale. Wojny wymieszały nas wszystkich i odarły ze skóry. Dziw, że jakieś wspomnienia w ogóle ocalały. Otóż pani Jaropełka Kodynia z Poznania pisze o tradycjach rodem ze starej wsi Smolnie na pograniczu Zagłębia Rybnickiego. Owszem, podejmowano tam zbłąkanych i spóźnionych przybyszów, czy w każdym razie tak postanawiano, ale tylko tych, którzy przybyli po zmroku, sadzając ich „na miejsce przygotowane dla tych, co ich doma nie ma”, przy miskach naszykowanych „dla starzików” (dziadków, przodków).
I coś jeszcze godnego uwagi: pani Jaropełka przysłała mi obrzędową formułę, równie starą, wygłaszaną przez jej ojca przy okazji łamania się opłatkiem. Brzmi ona: „Łamię się z tobą chlebem, a serce mam czyste. Życzę ci zdrowia i pokoju, i abyśmy się znowu za rok, w święty czas Godów, wszyscy, którzy tu jesteśmy, chlebem przełamać się mogli”. Po czym pozostałe opłatki kładł na pustym talerzu. Zgadza się, formuły wprawdzie nie znam, ale i ja kładę kawałek opłatka na tym talerzu.
Pan Edward Pietraszek z Przemyśla zgłasza jednak ważne zastrzeżenia. Jego zdaniem, tradycja pustego talerza wywodzi się z XIX wieku i może się odnosić do odwrotu Wielkiej Armii Napoleona spod Moskwy, a w ogóle „pachnie mocno XIX-wieczną symboliką patriotyczną i gestami z dworów i dworków szlacheckich”. Bo przecież lud wiejski jadał z jednej miski, skąd więc osobny talerz? Zabił mi pan klina tym osobnym talerzem. Pamiętam przecież „Konopielkę” Redlińskiego odnoszącą się do drugiej już połowy XX wieku, gdzie osobne nakrycie dla każdego potraktowane zostało jako zdrada jedności rodzinnej. Wiem też (chyba z Eliasa) o kłopotach jakiejś włoskiej księżniczki na podobnym tle, oczywiście o stulecia wcześniej. Ale przecież nie musiał to być koniecznie talerz, wystarczyła gliniana miska albo wręcz coś innego, a symbolicznego.
Nestor pisarzy łódzkich, Tadeusz Chróścielewski, opieprzył mnie przy tej okazji jak święty Michał diabła, że pominąłem „puste krzesło” tradycyjnie stosowane w jego rodzinie – choć powinienem je znać. Tadeuszu kochany, kajam się, serdecznie ściskam i błagam o przebaczenie! Ale z tego wynika, że może być i krzesło, i jakiś stołek po prostu.
Dzieje widelca są stosunkowo świeże (XVI wiek), ale łyżka jest przecież odwieczna. Co prawda, jedzenie dla „ubożąt” czy „domowych” ciskano za piec, nie dbając o jakieś naczynie.
Ale prawdziwym światłem obdarzył mnie dopiero pan Krzysztof Grzeszewski z Sopotu. Powołał się po prostu na słynną w swoim czasie książkę Jerzego Dowiata „Chrzest Polski” i na cytat z „Katalogu magii Rudolfa”. Dowiata dotąd, przyznaję ze wstydem, nie czytałem, ale Rudolfa nawet miałem w wydaniu z 1955 r. – pożyczyłem go jednak ze ćwierć wieku temu reżyserowi Grzegorzowi Królikiewiczowi, no i przepadł. Dalejże tedy do Dowiata. No i prawda, pan Krzysztof ma rację. Na stronie 112. mojego wydania czytamy:
„Jeżeli teraz w rodzinach zachowujących tradycje zostawia się podczas wieczerzy wigilijnej jedno nakrycie przy stole ponad liczbę domowników, to większość nas sądzi, że związana z tym jest jakaś symbolika chrześcijańska albo że to tylko hołd oddany tradycjom gościnności. Tymczasem jest to pozostałość obrzędu pogańskiego, czego świadom jest jeszcze Rudolf z Rud, który tak o nim pisze: „Aby zapewnić sobie szczęście, a także opływać w ziemskie dobra, uprawiają przez Boga znienawidzone praktyki. W nocy Bożego Narodzenia zastawiają stół dla królowej nieba, którą powszechnie nazywają panią holdą, aby ich wspomagała””.
Rudolf był mnichem cysterskim w Rudach Raciborskich i słowa te zamieścił w podręczniku dla spowiedników, w pierwszej połowie XIII wieku. Można więc przyjąć, że sprawa dawności tej tradycji jest rozstrzygnięta. Ale, co więcej, sam już natknąłem się na wzmiankę, jakoby biskup Wormacji w XI wieku, Burchard, potępiał zostawianie trzech pustych talerzy dla Matek, czyli Trzech Sióstr, więc zapewne Norn, bogiń losu. Co prawda, nie wiem, przy jakiej okazji, a i tradycja jest inna, celtycka albo germańska. Jeśli teraz przypomnimy sobie żydowski talerz „dla Eliasza”, co do którego podejrzewam, że jest starszy od samego Eliasza i wywodzi się jeszcze sprzed czasów, gdy Abraham wieczerzał z Bogiem, jeśli do tego dołożymy starogreckie hekatomby i praktyki etruskich i rzymskich augurów, to musimy przyznać, że ucztowanie z bogami jest stare jak świat, a przynajmniej jak ludzkość. Zresztą jest i inny ślad: powszechne „dziękuję” po posiłku. To jest przecież szczątek modlitwy dziękczynnej do Boga lub bogów, a nie żadna forma grzecznościowa!
Pojęcie transcendencji, czy może jej poczucie, jest o wiele starsze od wszystkich religii monoteistycznych. Prawie wszystkie czynności życiowe przenikała sfera duchowa, narodziny, seks, śmierć, oddychanie i jedzenie. Wyobrażenia się zmieniały, ale istota rzeczy trwała. Teraz, kiedy wstępujemy do Unii, wspólne korzenie tradycji europejskiej stają się podwójnie ważne. Nasza odrębność i tożsamość wcale nie musi wchodzić w konflikt z jakimikolwiek powszechnie uznanymi normami.
Świat będzie się laicyzował nadal, to nieuniknione. Dobrze więc zachować przynajmniej świadomość, jak wiele z naszych zachowań wywodzi się ze sfery sakralnej i mniejsza o to, skąd ta sakralność się bierze.
Tym samym sprawę „pustego talerza” można uznać za zamkniętą. Z tym że – moim zdaniem – on wcale pusty nie jest.

 

Wydanie: 14/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy