Demokratyczny książę

Demokratyczny książę

Bez uprzedzeń

„Pamiętniki” Krzysztofa Radziwiłła są, moim zdaniem, jedną z najważniejszych polskich książek, jakie w ostatnich latach się ukazały, a byłyby jeszcze ciekawsze, gdyby nie zostały ocenzurowane. Autor opowiada swoje życie, zaczynając od rodowodu rodziwiłłowsko-potocko-lubomirskiego itd., wspomina wczesne dzieciństwo spędzone w Krakowie w pałacu Pod Baranami pod opieką prababki Potockiej, pisze o młodości „górnej i durnej” i marzycielskiej. Miał zainteresowania literackie, służył w wojsku, uczestniczył w delegacji wysłanej przez władze polskie z misją do admirała Kołczaka. Zwiedził dzięki temu Japonię. Kołczak został rozstrzelany, zanim delegacja zdążyła zanurzyć się w dalekowschodnie rosyjskie przestrzenie. Dwa razy zaręczał się z panną Lilpop, późniejszą żoną Iwaszkiewicza. Przyjemne życie między swoją sferą towarzyską a bohemą literacką zaniepokoiło go swoją jałowością. Coraz mocniej czuł, że nie obrał właściwej dla siebie drogi. „Toteż gdy po polowaniu w Zatororach przedyskutowawszy całą noc z braćmi i towarzyszami polowania wracałem nad ranem promem przez Narew…, nagle uświadomiłem sobie, że poczucie obowiązku i co za tym idzie odzyskanie po jego spełnieniu wewnętrznej harmonii wymaga ode mnie natychmiastowej zmiany sposobu życia”. Przejmuje odpowiedzialność za odziedziczony majątek, do którego przedtem nie przywiązywał większego znaczenia i który w nastroju młodzieńczego idealizmu był gotów „poświęcić dla Ojczyzny”.
Ani wrodzone usposobienie, ani rodzaj wykształcenia nie usposabiały Krzysztofa Radziwiłła do kierowania obszarniczym majątkiem, obejmującym kilkadziesiąt tysięcy hektarów pól i lasów. A jednak okazał się niezłym gospodarzem jak na czasy kryzysu rolnictwa. Z pewnością nie był typowym ziemianinem. I to chyba pod żadnym względem. U ludzi swojej sfery i trochę niższej ma opinię „bolszewika”, na którą zasłużył nie tyle dzięki swemu początkowo ostentacyjnemu chłopomaństwu, co jako działacz lewicowego nurtu sanacji. (Najbliższym mu ideowo politykiem był Juliusz Poniatowski). Nie pamięta się o tym, że międzywojenne ziemiaństwo w swojej znacznej części było straszliwie kołtuńskie.
Trudno sobie wyobrazić księcia Radziwiłła jako działacza samorządowego w jakiejś gminie kieleckiej. Był nim jednak. W gminie, w powiecie, w województwie. Utrzymywał stosunki z działaczami chłopskimi, z nauczycielami wiejskimi, gdy trzeba, odbywa narady w knajpie przy kieliszku. Obraz wsi, jaki rysuje, dla mnie przynajmniej, jest nadzwyczaj ciekawy, niekiedy rewelacyjny. Krzysztof Radziwiłł patrzy na ludzi z dobrotliwym dystansem. Co opisuje, można przedstawić w formie zjadliwego, demaskatorskiego pamfletu, ale to nie jego genre. Zatrudniony w jego dobrach lekarz, skądinąd na swój sposób także społecznik, robi spostrzeżenia w rodzaju: „gdy chłop śpiewa, to znaczy, że jest pijany, a gdy robi coś prędko, to znaczy, że kradnie”. Nie jest to proste zmyślenie, ale do wszystkiego łagodnie usposobiony „książę pan z Sichowa” takich rzeczy nie zauważa. Wrasta w tę prowincję kielecką i sandomierską, zżywa się z miejscowymi ludźmi. Zapomnianego dziś już działacza ZSL i niedzielnego poetę Józefa Ozgę-Michalskiego powita później jak krajana, ponieważ ożenił się z dziewczyną z jego gminy. Wieś, którą wspomina, żyła w straszliwej nędzy. Robotnik rolny za dniówkę, o którą rozpaczliwie zabiegał, otrzymywał taką zapłatę jak w mieście tragarz za przeniesienie walizki z dworca do wagonu.
„Każda moja bytność na wsi po II wojnie światowej – pisze – zwłaszcza w moich umiłowanych stronach sandomiersko-stopnickich, jest dla mnie obecnie największą radością, kiedy widzę, że choć nie ma już dworów obszarniczych, jak kolorowych obrazków powyrywanych z książki, sam tekst jednak, tzn. wieś mało- i średniorolna, zmienił się nie do poznania, i te 50% ludności naszego kraju ma się o wiele lepiej, niż przed wojną mogliśmy o tym marzyć”. I dodaje: „przyszłość tych, którzy w ten czy inny sposób gospodarują na niegdyś moich morgach, tak samo mnie obchodzi, jak gdyby to byli moi prawni spadkobiercy”. Był to doprawdy niezwykły obszarnik, ale mógłbym wymienić jeszcze co najmniej kilku znanych mi byłych ziemian mających podobny stosunek do zaszłej rewolucji. Te wyjątki nie zmieniają sądu o ogólnie niskim moralnie i umysłowo poziomie tej klasy. Oto ilustracja, jedna z wielu: dyskusja Żyda z ziemianinem, jego dłużnikiem: „kiedy ostatni raz obliczaliśmy procent i wypadła mi z kieszeni studolarówka, to jaśnie pan ją przystąpił butem, abym jej nie mógł odnaleźć”. Na to ziemianin: „nie kłam Żydzie, to nie było sto dolarów tylko dwadzieścia”. Może to zmyślone, ale tak dobrze, że nie do odróżnienia od prawdy.
We wrześniu 1939 roku Radziwiłł idzie na wojnę, choć jako senator nie musi. Jego brat Artur ginie we wrześniu, drugi zginie w partyzantce pod koniec wojny, trzeci dostaje się do niewoli. On sam niemal całą wojnę, bo od 1940 do 1945 roku przecierpi w obozach koncentracyjnych: w Buchenwaldzie, Majdanku, Gross-Rosen i Mauthausen. Powiada, że po wyjściu z obozu widok orszaku pogrzebowego, gdy większa liczba ludzi podąża za trumną z jednym nieboszczykiem, wydawał mu się komiczny. Przez pięć lat przyzwyczaił się widzieć zwały trupów niegrzebanych albo grzebanych w rowach (na Majdanku jednego dnia zabito i w ten sposób pogrzebano 17 tys. Żydów), albo zagazowanych i palonych w krematoriach. Im bliżej końca wojny, tym trudniej było przeżyć. Zamach na Hitlera pogorszył dolę więźniów arystokratów – stworzono dla nich karny oddział. (Himmler, jak dziś wiadomo, przygotowywał eksterminację arystokracji niemieckiej). Praca w kamieniołomach była ponad siły, Radziwiłł poczuł, że jego życie się kończy. Powiedział sobie: wóz albo przewóz, albo samookaleczenie i ratunek w rewirze szpitalnym, albo śmierć. I skoczył do kamieniołomu z wysokości 25 metrów. Złamał rękę za pierwszym razem, co było za mało na szpital, za drugim razem złamał nogę. Polski lekarz założył mu gips na nogę i rękę. Jako niezdolny do pracy, według zwyczajów obozowych, kwalifikował się do uśmiercenia. Nie rozstrzelali go jednak esesmani przez wzgląd oszczędnościowy, zbyt dużo gipsu by się zmarnowało.
Chociaż już w Gross-Rosen trudno było sobie wyobrazić potworniejsze położenie, w Mauthausen było jeszcze gorzej. Gdy w skrajnym wyczerpaniu leżało się na pryczy we dwóch, we trzech, nie było bez znaczenia, kto leży obok. On może zaraz umrze, ale na razie jest niechlujny i robi pod siebie. Czasem trafia się kaleka z jedną nogą i już jest poprawa, bo tylko jedna noga śmierdzi. Jeden umiera, drugi przychodzi i oto uśmiechnęło się szczęście: sąsiadem na pryczy jest sąsiad ziemianin z sandomierskiego, Janusz Gombrowicz, brat Witolda. W sąsiedniej celi piekło jeszcze bardziej piekielne: czerwoni Hiszpanie trzymani w różnych obozach od czasu wojny domowej i prawie odczłowieczeni, uprawiają ludożerstwo. I Radziwiłła częstują ludzką wątrobą zawiniętą w starą gazetę; „może właśnie z powodu tego opakowania nie posunąłem się dzięki Bogu do ludożerstwa”.
To, że przeżył, zawdzięcza w pewnym stopniu wielu przypadkom, ale także ludziom, których z serdeczną wdzięcznością wspomina (polskich lekarzy, Kazimierza Rusinka, Cyrankiewicza), ale – pisze – „to, że przetrwałem, zawdzięczam przede wszystkim niemieckim komunistom”. Wystawili mu oni wzruszający glejt, który po wojnie mógł mu, ich zdaniem, być potrzebny: „Książę K. Radziwiłł, choć nigdy komunistą nie był, pomagał naszym ludziom i dlatego, gdyby na starość nie miał z czego żyć, może we wszystkich komunistycznych domach partyjnych i sanatoriach Niemiec, Austrii i Węgier bezpłatnie przebywać”.
Po wojnie Radziwiłł był przez pewien czas szefem protokołu dyplomatycznego przy prezydencie Bierucie i posłem na Sejm. Poprzez ten „Pamiętnik” poznajemy człowieka mądrego i dobrego, w pewien sposób wyniosłego i zarazem skromnego. Chciałoby się wiedzieć, co myślał o Polsce powojennej. Pisze o tym w Epilogu, którego nieurzędowa cenzura nie pozwoliła jednakże opublikować. Odpowiedzialna za to jest głównie córka Anna. Treść tego Epilogu jest sprzeczna z solidarnościową wersją historii, nakazaną szkołom przez Annę Radziwiłł w czasie, gdy była wiceministrem oświaty.

 

Wydanie: 19/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy