Klucz do wyobraźni

Wieczory z patarafką

Jest takie słowo, którego bardzo nie lubię, a mianowicie „fan”. Kojarzy mi się, oczywiście, z kulturą masową, ale po wtóre, i znacznie gorzej, z bezmyślnością, z szalikowcami, z jakimiś tandetnymi gadżetami i tak dalej. Może nie mam racji, może to tylko wysoki stopień na skali uczucia. Był kiedyś, niestety już nieżyjący, ”polski Elvis Presley”, Bogusław Wyrobek, otoczony plejadą fanów i fanek. Opowiadał mi, jak to jego fanka przechowywała niby relikwię trzy włosy. Ale nie były Wyrobkowe, tego zaszczytu nie dostąpiła. Były to włosy Bogusiowego psa…
Ale co to właściwie znaczy być fanem jakiejś książki? Można zdobyć autograf autora (ale o autografy Homera czy Izajasza bardzo dziś trudno), postawić sobie jego fotografię czy, powiedzmy, kamyk z miejsca, gdzie się urodził lub umarł. Ale na ogół znaczy to wielokrotne czytanie ukochanej książki i – że tak powiem – zamieszkanie w jej pejzażu. Tak właśnie Stanisław Dygat przedstawia w „Disneylandzie” bohaterkę, która nawet w łóżku (cudzym) nieustannie czyta bodaj „Kubusia Puchatka”, a może „Piotrusia Pana”.
W Polsce takim przedmiotem kultu były na ogół trylogia Sienkiewicza i chyba „Mistrz i Małgorzata”. No, może jeszcze „Mały książę”, ewentualnie „Muminki”. Ja sam czytałem trylogię parę razy, ale nie z rzędu. Bywali jednak, i to liczni, znawcy, którzy znali ją po prostu na pamięć. Natomiast „Mistrz” naprawdę mnie zauroczył, „Mały książę” podobnie. Ale przed półwiekiem żadna randka nie obywała się bez „jedynej róży” czy „oswojonego lisa”. Miałem jednak swoje osobne idole, nie mówię o wierszach, bo to całkiem inna sprawa. Ale mogłem czytać zgoła w nieskończoność „Salambo” Flauberta, „Józefa i jego braci” Manna czy „Cztery tysiące lat temu” Bibby’ego. A też „Grę szklanych paciorków” Hessego. Byłem też fanem Lema i Tolkiena, chociaż właśnie Lem trochę zraził mnie do niego, bardzo krytycznie pisząc o sztuce literackiej „Władcy pierścieni”. Zamiast niego wysoko wynosił, bardzo słusznie, Ursulę K. Le Guin. Rzeczywiście „Czarnoksiężnik z archipelagu” jest arcydzielny, i to pod kilkoma względami. Urok pejzażu Ziemiomorza, wizja zaświatów i głębokie uwagi o magii, sam bohater – Ged, w sumie czysta poezja. Kto czytał, ten wie. Zawiadamiam tedy zainteresowanych, że oprócz napisanych dawno temu czterech tomów pojawił się teraz piąty, „Opowieści z Ziemiomorza”. I nie są to bynajmniej bzdury w rodzaju Harry’ego Pottera; ale też nic gruntowne nowego – no, co najwyżej wyraźniej zarysował się łagodny feminizm autorki A także bezwzględna pochwała życia.
Le Guin operuje jakąś szczególną dialektyką równowagi życia i śmierci czy na przykład człowieka i smoka, które są blisko ze sobą związane. Nawiasem mówiąc, ja sam o tym pisałem w mojej książeczce o smokach i dinozaurach, ale moja koncepcja była trochę inna. U Le Guin ten związek jest bardziej sympatyczny, ale i tak smok jest częścią natury człowieka. Za to wizja zaświatów jest bardziej deprymująca i chyba trochę wzorowana na koncepcjach sumeryjskich. Na tamtym świecie na przykład pije się pył, bo woda jest przypisana wyłącznie życiu. I ogóle wedle niej marny los nas czeka. To taki frenetyczny, magiczny materializm, wielka pochwała czarnoksięskch możliwości życia. Ale to cienkie sprawy.
Książki, których fanami możemy się stać, muszą mieć w sobie coś z baśni, a dokładniej mówiąc, muszą być baśniami dla dorosłych. Może to być dziedzictwem naszego dzieciństwa, ale może też świadczyć o naszych prawdziwych, głęboko utajonych potrzebach i upodobaniach. Rzeczywiście, wszystkie książki, z którymi się identyfikujemy, są albo po prostu baśniami, albo dzieją się w bardzo odległych czasach i miejscach. Słowem, mają zarówno zdecydowany system wartości, jak i mgiełkę czegoś nierealnego, dalekiego, odległego. To musi być świat uczuciowo bliski, ale zarazem realnie niedostępny. Taki jak „Pan Tadeusz” dla Sienkiewiczowskiego latarnika czy też ponoć Juliana Marchlewskiego (był taki stosowny portret). A Przyboś nazywał poemat Mickiewicza po prostu baśnią. Być może, jest to klucz do całej fantastyki. A na razie czytajcie Le Guin, bo warto.

 

Wydanie: 24/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy