Kłótnie większe niż różnice

Kłótnie większe niż różnice

To, niestety, nie jest ten komunikat, na który od wielu lat czekają wyborcy o poglądach centrolewicowych i lewicowych. Informacji jest nawet aż za dużo, tyle że wszystkie złe. Kłótnie i podziały, epitety i intrygi, stare i nowe porachunki to serial widowisk, z których przyjemność czerpią środowiska prawicowe. Lepiej by pewnie było, gdyby nie mając Polakom nic wartościowego do przekazania, politycy z rodowodami lewicowymi milczeli. Brak słów przynajmniej nie pozbawiałby wyborców nadziei, że pojawi się siła polityczna, która wreszcie serio potraktuje ich problemy. Słowa mogą obalać rządy i mogą zamykać drogę do głów i serc wyborców. To, co obserwujemy, z pewnością niczego nie otwiera. I nie ma znaczenia, jak się później w procentach określi poziom odpowiedzialności jednego czy drugiego polityka za fiasko projektu, który jeszcze niedawno wydawał się czymś naturalnym.
Bo szybko pogarszają się oceny władzy. Bo przybywa ludzi rozczarowanych polityką rządu, jego niekonsekwencją, mizerotą kadr i zadufaniem niewspółmiernym do poziomu pracy. A władza to przede wszystkim ludzie i trudno o wiarę, że z tych wróbli wydziobujących dla siebie profity wyłonią się orły i pofruną tak wysoko, jak chcieliby wyborcy. Nie pofruną. Zaczyna się więc w Polsce czas szukania innych rozwiązań. Chciałoby się powiedzieć nowych, ale tego na horyzoncie nie widać. PiS ma swoją starą receptę, której nie zdążyło zrealizować w czasie rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego. SLD wraca do swojego programu socjalnego sprzed lat.
Nasze społeczeństwo jest dziś tak bardzo zróżnicowane i podzielone, że na żadne z najważniejszych pytań nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Także nasi czytelnicy mocno się różnią w ocenie polityków i partii po lewej stronie. Każdy ma zwolenników i zagorzałych przeciwników. Po każdym tekście, gdy kogoś nawet delikatnie skubniemy, pojawiają się protesty bądź głosy poparcia. Prawie wszyscy chcieliby działań wspólnotowych, bo wiedzą, że tylko w ten sposób można dostać od wyborców premię za jedność. Ale też nikt się nie chce przesunąć i stanąć w szeregu z większą grupą liderów. W sprawach generalnych nie ma wielkich różnic. W czym więc problem? W osobistych ambicjach, małostkowości i doraźnych interesach.
To nadzwyczajne przyśpieszenie po lewej stronie na ponad rok przed wyborami do Parlamentu Europejskiego nie jest przypadkowe. Nabrali go przede wszystkim obecni europosłowie i kandydaci na ich miejsce. W sumie kilkunastoosobowa grupa, która prędzej utopi własne partie i nawet te ruchy, które dopiero powstają, niż zrezygnuje z brukselskich apanaży. Od początku naszego akcesu do Unii obserwuję pracę reprezentantów lewicy i z żalem muszę stwierdzić, że poza małymi wyjątkami są to polityczni cynicy, kunktatorzy i załatwiacze, pilnujący wyłącznie własnych interesów. To, czy tacy ludzie będą znowu reprezentowali środowiska lewicowe, czy nie, jest dla wyborców lewicy absolutnie bez znaczenia. Szkoda na nich czasu, zdrowia i partyjnych pieniędzy. Dla SLD są tylko obciążeniem wyspecjalizowanym w głoszeniu pustych deklaracji o lewicowości i europejskości. Zmarnowali wystarczająco dużo czasu. I wystarczy tego dobrego na koszt wyborców.

Wydanie: 17-18/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy