Labolatoria, Chopin, Pinokio, NadMatczak

Labolatoria, Chopin, Pinokio, NadMatczak

W ubiegłym tygodniu byliśmy świadkami ekscesów autorstwa politycznych i profesorskich elit. Nawet nie wiem, czy uda mi się je wszystkie choćby w skrócie wymienić. Obejrzeliśmy coś jakby benefis polskiej próżności, bylejakości, zadufania i nieuctwa w wykonaniu najważniejszych osób w państwie i ich politycznych adwersarzy. W przeciwieństwie do wyników konkursu chopinowskiego, których wedle słów prezydenta Dudy „nie kwestionuje nikt”, w moim konkursie nie wiadomo, kto jest niekwestionowanym zwycięzcą. Andrzej Duda z werdyktem się zgadza, choć wyznał bez skrępowania, że zwycięzcy nie słyszał.

W wyścigu bierze zatem udział Andrzej Duda, który uczy się wprawdzie cały czas, ale wciąż nie dał rady przyswoić sobie dość podstawowej zasady, że jeśli na czymś się nie zna, nie brało się udziału, nie słyszało – to może lepiej zamilczeć. „Nie znam się, ale się wypowiem”, to jednak nieusuwalna praktyka nie tylko tego polityka. Otrzymaliśmy więc z ust prezydenta wyznanie: „Bardzo jesteśmy dumni z tego, że Chopin był Polakiem, że pochodził z naszego kraju, że stąpał po tej ziemi, także po Warszawie”. Prezydent pokusił się też o zwizualizowanie muzycznych dokonań polskiego kompozytora: „Słyszymy w tej muzyce po prostu Polskę. Kiedy słyszymy tę muzykę, widzimy płynącą Wisłę, widzimy pochylone wierzby, widzimy pola, krajobrazy tak charakterystyczne dla naszego kraju”. Ale nagle Duda dokonał niebezpiecznego kosmopolitycznego zwrotu: „Tak naprawdę – Chopin jest Polakiem, ale jego muzyka nie jest dzisiaj muzyką polską. Popatrzcie państwo – młodzi artyści z całego świata. Jestem przekonany, że każdy z nich słyszy w tej muzyce swoje. I oddaje, grając swoje, interpretując wspaniałe utwory Chopina. Dzisiaj być może pobrzmiewa w nich rozszalały ocean, na którym żeglarze walczą o przetrwanie swojej łodzi; być może wysokie szczyty gdzieś w dalekich górach; szumi wiatr w drzewach, których w Polsce nie ma…”. I wszystko to bez słuchania. Rozmach interpretacyjny zachwyca albo i poraża.

W swoim krasomówczym maratonie trudu retorycznego ani na chwilę nie ustaje zasłużony obrońca konstytucji, prof. Marcin „tata Maty” Matczak, którego z intensywnością radzieckich katiusz drukuje „Gazeta Wyborcza” częściej niż teksty wszystkich naczelnych tego periodyku razem wziętych. W ostatnich dniach prof. Matczak zasypuje nas fajerwerkami swojego kunsztu w temacie kultu 16-godzinnego dnia pracy, który przyniósł mu karierę profesorską i pozycję wspólnika w kancelarii prawniczej, pozwalając zachować dobre relacje z żoną i synem. Apologia ciężkiego zapierdolu, nieznanego późniejszym pokoleniom, wciągnęła profesora w ferwor szafowania samosprzecznymi argumentami w twitterowej potyczce (ta forma sporu trafiła już do teorii retorycznej pod nazwą „mataczki”) z liderem Razem Adrianem Zandbergiem. I tak Matczak jednym tchem zapewnia, że nikt go nie zmuszał do pracy po kilkanaście godzin na dobę, i na tym samym oddechu dodaje, że zmusili go bolszewicy, bo on musiał po nich Polskę naprawiać. Matczak wyznaje szczerze, że chciał jak najlepszego życia dla siebie i swoich najbliższych, i natychmiast serwuje dobre rady dla lewicy, która chce przyzwoitego, niesięgającego Matczakowych wyżyn, poziomu życia. Matczak uważa kpinę za agresję, chyba że to on kpi. Matczak – podobnie jak Molierowski pan Jourdain, nie wiedział, że mówi prozą – nie ma pojęcia, że mówi bełkotliwymi bon motami neoliberalnej nowomowy. Jest tak zachwycony własną frazą i tembrem retorycznych szpil, że nie zauważa, kiedy został memem. Dobrze, że Polskę po Matczaku będą budować ludzie, którzy oprócz godziwej pracy i płacy chcą mieć inne życie, o które zresztą przyjdzie im ciężko zawalczyć, bo świat, który zostawia im kapitalizm, „szesnastogodzinnychsiedemdniwtywgodniu” Matczaków, jest na granicy zagłady. Nie wiem, czy jest mi przykro, kiedy patrzę, jak kompleksy profesora, który w dzieciństwie „kopał studnie, nosił worki ze żwirem, ładował obornik ze stajni na przyczepę, wstawał o trzeciej nad ranem, żeby ściąć pieczarki, zanim przerosną i stracą na wartości”, nie pozwalają mu zdjąć końskich okularów własnej, skrajnie uprzywilejowanej pozycji. Nie można tyle wymagać, w końcu jest tylko profesorem, a jeśli jego przykład jest ilustracją jakiejś nadprzeciętności, to trzymajmy się od niej jak najdalej.

Inny as polskiej elity politycznej, premier Mateusz Morawiecki, podczas swojego tyle brawurowego, ile buńczucznego wystąpienia w Parlamencie Europejskim, na oczach całej Europy otrzymał wsparcie wyłącznie ze strony skrajnych faszyzujących środowisk oraz figurkę Pinokia, kłamczuszka nad kłamczuszkami. Ale zniósł to godnie. Za te i przede wszystkim za przyszłe pieniądze? Można, warto. Dość fałszywego wstydu.

Podobnie jak nie zawstydzi nic kolejnego profesora bez kompetencji, ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka, który z niezmąconym zachwytem samym sobą i swojego przekazu prezentował założenia fundamentalistycznej ofensywy paraedukacyjnej, mając za plecami planszę prezentującą „Labolatoria przyszłości”. Labolatoria. Zaraz się dowiemy, że za błąd wyrzucono stażystkę, a minister nie ma za co przepraszać.

O Sikorskim, Kempie i Pawłowicz już nie mam siły perorować. Idźcie już spać i nie mówcie nawet przez sen.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 44/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy