Jakiej opozycji Polacy potrzebują

Jakiej opozycji Polacy potrzebują

Już od paru tygodni trwa debata o OFE. Sprawa ważna dla milionów Polaków, bo to o ich emerytury rzecz idzie. Ta debata jest jedną z najistotniejszych, jakie aktualnie się toczą w polskim życiu politycznym. Najistotniejszych, bo najbardziej brzemiennych w skutki.
Jest to zarazem najdziwniejsza debata z uwagi na uczestników sporu. Z jednej strony – rząd, z drugiej – nie opozycja, jak nakazywałaby logika demokracji, lecz Leszek Balcerowicz. Co prawda, niegdysiejszy dwukrotny wicepremier i minister finansów, niegdysiejszy lider nieistniejącej już Unii Wolności, były szef Narodowego Banku Polskiego, ale dziś, choć osoba powszechnie znana, to jednak prywatna. Osoba prywatna, która od kilku tygodni, mając rację lub nie, robi za merytoryczną opozycję do rządu!
Przeciętny Polak nie bardzo wie, o co w całym sporze chodzi, ani tym bardziej, kto ma rację. Spór trwa już parę tygodni, a Polacy nie znają nawet stanowisk tych partii, na które głosowali, ani tych, na które chcieliby jesienią głosować. Milczą liderzy partii, milczą ich think tanki. Czy problem przerósł liderów i ich ekspertów? Czy może obojętny jest im los przyszłych emerytów?
Co mają do powiedzenia w tej sprawie swoim wyborcom? Co powiedzą w Sejmie? Platforma nie musi się wysilać. Za nią głos zabierają min. Rostowski i premier Tusk. Jej posłowie wiedzą, że mają ich poprzeć w Sejmie. Nie muszą nawet rozumieć, o co chodzi. Rząd, a już szczególnie premier, z definicji mają rację. To wiedzą. A nawet gdyby nie wiedzieli, przed głosowaniem dostaną do ręki instrukcje, gdzie będzie wyraźnie napisane, który przycisk nacisnąć podczas głosowania.
Posłowie PiS mają jeszcze prościej. Nie muszą nawet próbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Wiedzą, że mają mieć zdanie dokładnie przeciwne niż Platforma. Jeśli w sprawie OFE Platforma będzie głosować „za”, to oni będą głosować „przeciw”, chyba że Platforma byłaby „przeciw”, to oni będą „za”. W razie czego Jarosław Kaczyński i tak zarządzi, jak mają głosować.
PSL też nie musi mieć zdania na ten temat. Dobrze, że spierają się o OFE, a nie o KRUS. W każdym razie można będzie koalicjanta poprzeć (niech coś za to da!) albo postraszyć, że się go nie poprze (wtedy już da na pewno).
Na tym tle głos SLD mógłby zabrzmieć szczególnie doniośle i przekonująco. Mógłby, ale nie brzmi. A szkoda. Po pierwsze, kto jak kto, ale partia lewicowa powinna zabrać głos w kwestii tak ważnych spraw socjalnych jak emerytury. Po drugie, SLD ma w Sejmie jednego z najwybitniejszych znawców problemu, jakim jest posłanka Anna Bańkowska, była prezes ZUS.
To niezabieranie głosu może świadczyć o tym, że ze względów taktycznych SLD nie chce się mieszać do tego sporu i dlatego świadomie milczy. Może też świadczyć o tym, że partia ta nie ma tu nic do powiedzenia. Osobiście ten drugi wariant gotów bym odrzucić. A więc co, taktyka?
Nie bardzo wiem, jaki sens miałoby to milczenie. Efekt w każdym razie będzie jeden. Miliony Polaków, widząc, że SLD nie uczestniczy w sporze, nabiorą przekonania, że partia ta ma w nosie kształt i wysokość ich przyszłych emerytur.
Jako potencjalny wyborca (w przyszłych wyborach zamierzam skorzystać jedynie z czynnego prawa wyborczego) chciałbym przede wszystkim wiedzieć, co jest istotą sporu. Jakie będą konsekwencje, gdy przyjęte będzie stanowisko rządu, jakie byłyby, gdyby przyjęto argumentację Balcerowicza.
Informacja, że fundacja Balcerowicza dostała pieniądze m.in. z otwartych funduszy emerytalnych, nawet jeśli jest prawdziwa, wcale nie przesądza o tym, że Balcerowicz racji mieć nie może. Bardziej chciałbym wiedzieć, gdzie w tym sporze leży prawda, a nie „komu to służy” i „kto za tym stoi”. Chciałbym, ale nie bardzo wiem, gdzie mam się dowiedzieć.
Partie polityczne czują się zwolnione z wyjaśniania potencjalnym wyborcom złożonej materii spraw politycznych, gospodarczych czy społecznych. Czują się także zwolnione z merytorycznej polemiki z innymi, konkurencyjnymi partiami, a także z merytorycznej krytyki rządu i wspierającej go koalicji. Opozycyjność coraz częściej manifestuje się siłą epitetów wymierzonych w rząd czy konkurencję polityczną. Im więcej epitetów, oskarżeń czy insynuacji, tym opozycyjność wydaje się wyrazistsza. Czy ktoś pamięta jakąś merytoryczną wypowiedź (na jakikolwiek temat) posłanki Kempy? Albo posła Brudzińskiego? A może Macierewicza? No, to mając tak wzorcowe przykłady, na czym opozycyjność polegać nie powinna, żądajmy od swoich, by byli opozycją prawdziwą. Prawdziwą, czyli taką, która rzeczowo potrafi recenzować rząd, która potrafi przedstawiać rozwiązania konkurencyjne, która jest gotowa uczestniczyć z własnym zdaniem w każdej poważnej debacie publicznej. Taka opozycyjność jest w stanie przyciągnąć elektorat, któremu siłą rzeczy jawi się jako poważna alternatywa dla aktualnie rządzących.

Wydanie: 12/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy