Trudno zatrzymać szaleństwo

Zapiski polityczne
3 kwietnia 2002 r.

Tak mi się w życiu poszczęściło, że mogłem być wiele razy w Betlejem, w Bazylice Narodzenia i w przylegającym do niej klasztorze franciszkańskim, ufundowanym kilkanaście wieków później przez cesarza Franciszka Józefa, o ile mnie pamięć nie myli. Do bazyliki trzeba wchodzić bardzo przygarbionym albo na kolanach, gdyż w pradawnych czasach zamurowano normalne drzwi i zostawiono tylko taki mały otwór. Chodziło o to, by nie wpędzać do świątyni zwierząt. Najwyżej nieduży osiołek dostałby się bez trudu.
Wspominam tamte wizyty jako radosną część mojego życia. Klasztor, w moich wspomnieniach biały, z arkadowym dziedzińcem, kontrastował z prastarą ciemną barwą tej zasadniczej świątyni, należącej do prawosławnych. Do klasztoru także przylegał kościół postawiony z tej samej cesarskiej fundacji. Z Jerozolimy do Betlejem – jak my mówimy, a tam używa się nazwy Betlehem – jedzie się na motorze kilkanaście minut, więc gdy tylko potrafiłem wygospodarować dłuższą wolną chwilę, pędziłem do tego miejsca będącego oazą modlitwy i dostojnego spokoju. Teraz słucham ze zdumieniem ponurych wiadomości o walkach toczonych wokół miejsca narodzin Jezusa. Setki czołgów, duże oddziały wojska izraelskiego i setki rozpaczliwie broniących praw swego narodu Palestyńczyków, nazwanych bezpodstawnie terrorystami. Nie lubię tego określenia, gdyż ja sam i tysiące moich kolegów z AK byliśmy „polnische banditen” albo „zaplutymi karłami reakcji”, „wrogami ludu”, „łobuzami z „Solidarności”” i co tam jeszcze potrafili wymyślić nasi wrogowie, by obrzydzić ludziom kontakty z nami.
Palestyńczycy walczą o prawo do ziemi, którą im siłą odebrano, by osiedlić w tym miejscu prawie do szczętu wyniszczony naród żydowski, któremu nie okazano pomocy, gdy hitlerowcy prowadzili jego eksterminację. Potęgi Zachodu dokonały zadośćuczynienia, ale rachunek bezpośredni wystawiono najmniej winnym, czyli narodowi palestyńskiemu, co może nie jest zbyt ścisłym określeniem; zapewne należałoby raczej mówić o mieszkańcach Palestyny, gdyż bytowała tam wielka mieszanka etniczna ludów Małej Azji, a i Żydzi zaczynali się osiedlać na swoim prastarym miejscu na długo przed zgodą na utworzenie ich państwa.
Jedno jest pewne. Nie powstała tam wielonarodowa wspólnota. Izrael utworzono w wyniku zwycięskiej wojny nad miejscową ludnością i nigdy specjalnie nie zabiegano o powołanie do życia państwa wielu narodów równouprawnionych. Na ziemie Palestyny zaczęła płynąć rzeka pieniędzy i rzeka złożona w dużej części z ocalałych z pogromu resztek Żydów, przeważnie europejskich.
Pieniądze wykorzystano dobrze. Zniszczony w czasach tureckiej dominacji kraj zamieniono dość szybko w kwitnący, wręcz rajski ogród, zaś skazani na totalne wyniszczenie Żydzi zamienieni w Izraelczyków, stworzyli państwo o mocnej, nowoczesnej gospodarce. Palestyńczycy nie stali się jednak nigdy pełnoprawnymi współgospodarzami tej odrodzonej przyrodniczo i ekonomicznie krainy.
Kiedy u nas, w Polsce, w roku 1968 zaczęto wydawać Żydom paszporty w jedną stronę, czyli takie bez prawa powrotu do kraju, w którym ich przodkowie spędzili wiele wieków, sporo wnosząc do gospodarki oraz kultury Polaków, zostało to uznane powszechnie za akt barbarzyństwa. Upłynęło zaledwie nieco ponad ćwierć wieku, a państwo Izrael chce w taki sam paszport wyposażyć przywódcę narodowego Palestyńczyków, Arafata. Gdybyż tylko to. Niestety, Izrael uruchomił olbrzymią armię, setki czołgów i opancerzonych wozów atakujących ze wszystkich stron bojowników, potomków prastarych mieszkańców tych ziem, walczących o swoje prawa.
Gdy słucha się radia, telewizji i czyta gazety, można często odnieść wrażenie, że jakieś hordy dzikich Palestyńczyków atakują ziemię żydowską na wzór Hitlera. Nastąpiło całkowite pomieszanie z poplątaniem. Wszak to nie całkiem nowe palestyńskie osiedla wznosi się masowo na ziemi zagarniętej Żydom, lecz to żydowskie skupiska powstają na ziemi od prawieków palestyńskiej. Obrońców prawa do tej ziemi zrównano w nazewnictwie z terrorystami bin Ladena. Mówi się terroryści na ludzi oddających bohatersko swoje życie w sprawie uznawanej od wieków za najzaszczytniejszą – w obronie ojczyzny.
Nie chcę uznać metody zabijania przypadkowych osób gromadzących się na zabawach czy uroczystościach rodzinnych i mordowanych wybuchami bomb oplatających ciała zamachowców za walkę szlachetną i honorową. Oceniam to raczej jako prawie obłąkańcze poczynania ludzi do krańca wytrzymałości zrozpaczonych i pouczanych przez swoich religijnych przywódców, że taka śmierć przyniesie im zbawienie wieczne w mahometańskim raju. Przypominam jednak, że mamy w tradycji naszej cywilizacji chrześcijańskiej identyczne zjawisko, trwające przez długie lata. Myślę o wojnach krzyżowych, pełnych zwykłych, pospolitych zbrodni ubieranych w religijne namowy, intencje i odpusty. Podobnie było na naszej własnej ziemi z zakonem krzyżackim, który uprawiał często gęsto pospolite zbrodnie przystrojone znakiem krzyża.
Nie pochwalam metod walki Palestyńczyków, pragnę jednak ocalić przed zalewem amerykańskiej propagandy sprawiedliwą ocenę młodych Palestyńczyków walczących o wolność czy nawet o samo istnienie ich państwa, poświęcających w imię tego najwyższego dobra własne życie. Przypominam także, iż wymierające obecnie moje pokolenie Armii Krajowej dokonywało podobnych straceńczych aktów w walce o wolność Polski.
Ten kij ma zresztą dwa końce. Na drugim pojawia się w licznych krajach, na razie tylko Europy, zobaczymy co będzie potem, czy aby nie odnowi się zjawisko, wydawałoby się zażegnane na długo, czyli bojowy antysemityzm. Są już notowane ataki na synagogi, tylko patrzeć, jak mieszkający w Europie coraz liczniejsi Arabowie ruszą na żydowskie sklepy i fabryki. Szaleństwo raz rozpętane trudno zatrzymać. Przyszłość jest nam nieznana, ale może się jeszcze wydarzyć wiele złego.

 

Wydanie: 14/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy