Liga Przeciw Rzeczypospolitej

Zapiski polityczne
8 lipca 2002 r.

W tytule felietonu umieściłem nazwę ni to stowarzyszenia, ni to partii politycznej, tworu jeszcze nigdzie nieopisanego ani zarejestrowanego – a przecież istniejącego i działającego coraz energiczniej, coraz głośniej, no i coraz szkodliwiej. Nowa Rzeczpospolita, trzecia -jak ją kiedyś nazwałem, otwierając jako marszałek senior drugą kadencję Sejmu – jest nadal bardzo słabiutka i wiatr historii nie przestaje nią miotać, a jej wrogowie, nawet ci nieuświadomieni, czyli najgorsi, nie ustają w działaniach na jej szkodę jawnych i ukrytych.
Członków owej Ligi można spotkać jak Polska długa i szeroka, a znaczna część jej członków nie bardzo sobie zdaje sprawę z tego, do czego należy. Najwięcej jest w tym „kole nieprzyjaciół” polityków i dziennikarzy. Wśród pierwszych przeważają renegaci ze swoich starych partii dotkniętych wrogością wyborców, co sprawia, że pozostawanie w dawnych układach grozi utratą mandatów, przeto opłaca się znieść nawet infamię niewierności za cenę pozostawania w kręgu parlamentarnym.
Dziennikarze należący do Ligi to przeważnie ofiary własnego beztalencia, sprawiającego, że pozycja zawodowa tych ludzi jest na tyle słaba, iż nie mogą sobie pozwolić na luksus posiadania własnego zdania o sprawach publicznych i muszą się łasić do możnych wydawców bądź nadawców – spełniając w sowie i piśmie oczekiwania mecenasów. Wbrew bajkom o domniemanej wolności słowa w mediach prywatnych i publicznych sytuacja przeciętnych autorów medialnych nie jest dużo lepsza niż za nieboszczki „komuny”. Słabeusze – a tych jest większość, i to znaczna – muszą bardzo uważać, żebyż tylko na to, co piszą bądź mówią, ale również i myśleć powinni, jak należy, czyli jak chce ten, kto płaci. Dawny strach przed represjami polityczno-policyjnymi wcale nie był dużo większy niż obecne rygory wymuszające na braci pismaczej pokorę i uległość.
Ale największe grono członków Ligi Przeciw Rzeczypospolitej to ludzie o „bardzo małym rozumku”, szczycący się tym, że mają porządne i solidne prawicowe przekonania i powtarzający z lubością, iż Rzeczpospolita, jeśli ma być przez nich szanowana i kochana, musi być ich. Wszak ktoś na samym początku naszej nowej niepodległości głośno powiedział, iż jest mało ważne, jaka będzie przyszła Polska, gdyż tak naprawdę chodzi o to, czyja ona będzie.
Żyjemy teraz w okresie, kiedy Polska jest w rękach lewicy i dlatego ludzie LPR starają się, jak mogą, obrzydzać Rzeczpospolitą rodakom, pisząc i mówiąc niebywałe bzdury o teraźniejszości i przeszłości naszego kraju, a zdarzają się i tacy, którzy piszą donosy do różnych europejskich gremiów politycznych, donosy na własną ojczyznę, co podobno jest bardzo patriotyczne.
Obrzydliwe jest dla mnie to, że różne, nieraz bardzo podłe głupoty o niedawnej przeszłości wypisują bądź wygadują ci, co jeszcze tak niedawno byli pupilami PRL i brali od niej ogromne nieraz pieniądze na finansowanie własnych ambicji, często najzupełniej fałszywych. Nie chciałbym, aby ewentualny czytelnik moich słów tu zapisanych posądził mnie o zrównywanie w ocenach moralnych członków owej sromotnej LPR z tymi, którzy teraz przeklinają wolność, jaką im daje Trzecia Rzeczpospolita, chciałoby się powiedzieć złą wolność, gdyż mamy w Polsce bardzo wiele rodzin i kto wie, czy nie kilka milionów obywateli poważnie skrzywdzonych tą tak przez nas – inteligentów i polityków – wychwalaną odzyskaną niepodległością. Stąd bierze się właśnie fenomen poparcia dla Andrzeja Leppera, dyrektora Rydzyka i kilku innych demagogów żerujących na owocach liberalnej myśli ekonomicznej, której zwolennicy widzieli abstrakcyjne modele ustrojowe i ekonomiczne, ale zapomnieli wbudować w te swoje wizje przyszłości taki drobiazg jak los zwyczajnego obywatela. A jest on dla wielu milionów zwyczajnie parszywy.
Śmieszy mnie to uroczyste obchodzenie rocznic buntów i strajków przeciw różnym nieprawościom komuny, w sytuacji kiedy od wielu lat milionom szarych ludzi, tych, którzy się ongiś buntowali, wiedzie się znacznie gorzej niż wtedy, gdy wychodzili z transparentami na ulice. Nasz niewydarzony kapitalizm okazał się skuteczniejszym narzędziem poskramiania buntowniczych ambicji i tego dramatycznego non possumus, którym tak się lubimy chlubić. Co dla mnie osobiście najgorsze to fakt, że „Solidarność”, znieprawiona przez karierowiczów, okazała się skuteczniejszym pogromcą ambicji robotniczych czy może raczej pracowniczych niż wszystkie potężne bataliony ZOMO razem wzięte. Gdy to rozważam, inaczej oceniam tak kiedyś dla mnie bolesne pytanie zadane mi na wiecu przedwyborczym, czy się aby nie powinienem wstydzić tego, iż byłem przez długie lata członkiem władz krajowych „Solidarności”. Oceniłem to w pierwszej chwili jako polityczną prowokację pytającego. Dziś wiem, że to była zwykła gorycz, tym różna od innych, że nadal boli, ale to mój osobisty dramat. Ze spraw publicznych boli to, iż do LPR. wstępują teraz ludzie o bardzo nieraz pięknej przeszłości, sięgającej zamierzchłych – jak się obecnie wydaje – czasów Armii Krajowej, różnych Klubów Inteligencji Katolickiej bądź laickiej, różnych ruchów już wyraźnie niepodległościowych jak cała potężna działalność w dziedzinie wydawniczej czy niezależnej oświaty. Patrzę teraz na nich ze zdumieniem. Przecież to z ich kręgów idą do obcych wspominane donosy na ojczyznę, to z nich – bohaterów odsiadujących po kryminałach PRL wieloletnie wyroki za działalność jednoznacznie niepodległościową – rekrutują się obecni miliarderzy wydawcy, których pisma szerzą wrogość do słabiutkiej Rzeczypospolitej i kształtują model wcielania w życie tej idei: „Nieważne jaka Polska, ale czyja”.
Co będzie z Polską ? Pytanie ciągle aktualne.

 

Wydanie: 28/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy