Listopadowe melancholie

Listopadowe melancholie

Niech będzie mi wybaczone, ale jeszcze raz rozsnuję jesienne melancholie. Emil Cioran, mistrz mądrej rozpaczy, pisał: „Miejsce, jakie zajmujemy we wszechświecie – punkcik, i żeby tylko! Po cóż zadawać sobie ciosy, skorośmy tak oczywiście znikomi? Taka konstatacja natychmiast nas uspokaja; odtąd koniec z wszelką szamotaniną, metafizyczną bądź inną. Później jednak ów punkcik się nadyma, rozrasta, zajmuje całą przestrzeń. I wszystko zaczyna się od nowa”.
Zapalając świeczki na grobie ojca, myślę: Pisałeś tak często o śmierci, właśnie w stylu Ciorana, a przejmowałeś się wytrwale i uparcie każdym głupstwem.
7 marca 1955 r. mój ojciec Mieczysław Jastrun zapisał w dzienniku: „Byłem dziś u Staffa. Rumiany, miły jak zawsze, kochany, najlepszego serca poeta. Przyniosłem mu pęczek konwalii. Piesek, groźny »tygrys«, szczekał długo, gdy wszedłem, wreszcie się uspokoił. (…) Obiecał mnie odwiedzić, ale widzę – boi się wychodzić na ulicę, jeździć, sam zresztą mówi: nie chciałbym nikomu sprawić przykrości. Cicho w jego pokoju. A za oknem – dziki, nierozumiejący jego świata Nowy Świat”.
Czego tak się bał Staff? Że ciężko chory na serce przyjdzie do kogoś, nagle umrze i sprawi kłopot. Pogodny Staff sprawiał też kłopot krytykom literatury. W Polsce poeci z reguły rozpaczali metafizycznie albo narodowo. U źródeł polskiej poezji było jednak inaczej. Gdy czytam wiersze, fraszki Kochanowskiego i Reja, pamiętniki Paska, czuję w ich poezji i prozie wielką radość życia, rubaszność, witalność i siłę tamtej Polski, jeszcze mocarstwa, które dopiero za chwilę zostanie rozjechane przez historię. Źródła naszego narzekania są krwawe i pełne pożarów, jak narzekania całej Europy Wschodniej, im dalej na wschód, tym ono gęściejsze. Ten obszar świata, stłamszony przez historię, dosmucony jest przez gnilne jesienie i ponure, a ostatnio bezśnieżne zimy. Nie lekceważyłbym nudnej i poczciwej płaskości Mazowsza, a tu przecież bije serce Polski. Trudno o mniej optymistyczny krajobraz, można go kochać, ale energii on nie daje.
A do grobu ojca na Powązkach zawsze trafiam dzięki grobowcowi poety Leopolda Staffa. Grób Wiecheckiego obok grobu ojca, a pamiętam, jak „Wiech” siedział z nim przy jednym stoliku w domu ZAiKS-u w Sopocie.
W Zaduszki na cmentarz chodzę wieczorem, wilgotny mrok roztkliwiany jest płomykami i tłoczno tam od cieni jeszcze żywych. Śmierć w naszej tradycji pachnie gotującą się stearyną i kadzidłem, gdy naprawdę jest doskonale bezwonna. Na cmentarzu wielu cudzoziemców – chodzą z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami – te żywe, płonące cmentarze w świecie naszej cywilizacji, gdzie śmierć jest ukrywana, maskowana, zamiatana pod dywan, są niezwykłą, metafizyczną atrakcją turystyczną.
W ramach przeżywania listopadowych nastrojów Mariusz Ziomecki zaprasza mnie do swojego programu telewizyjnego, będziemy rozmawiać o rozsądnej eutanazji. Jestem zwolennikiem godnej śmierci, a więc walki o to, by do końca mieć los we własnym ręku. Wymykać się cierpieniu nie z tchórzostwa, ale choćby z powodów estetycznych. I to naturalne, że jeśli trzeba, ktoś nam w tym pomoże. Biorąc pod uwagę, jak długo zaczynamy żyć i jak długo można życie podtrzymywać, nieuniknione jest, że nasza cywilizacja, która tak ucieka od śmierci, zostanie jednak zmuszona wprowadzić w tej ostatecznej sprawie nowe prawa i regulacje.
Znajoma lekarka, która oglądała program, mówi: „Dziś przyszedł chłopak po wypadku motocyklowym, był nieprzytomny przez miesiąc, podejrzewano śmierć pnia mózgu. I obserwowano go w »kierunku podarowania jego ciała do przeszczepu«. Obudził się jednak, chociaż już prawie nikt w to nie wierzył. I będzie zdawał na studia. Ale jest też u nas przypadek terapii uporczywej, wiem, że ten człowiek cierpi, i czasami chciałabym móc mu pomóc przez zaniechanie terapii, ale rodziny takich pacjentów zwykle nie wierzą w śmierć jako zjawisko samo w sobie i nawet obwiniają lekarzy o to, że ich bliscy są śmiertelni”.
Te sprawy mamy w Polsce słabo przedyskutowane, podobnie jak w całej Europie i Ameryce Północnej. To konfuzja, strach przed śmiercią i naiwna wiara, że mnie to nie dotyczy. A Kościół zaanektował tu spore obszary. Poza tym eutanazja od razu kojarzy się ze zbrodniami Hitlera. Dzisiaj najśmielej poczyna sobie w tej sprawie Holandia. A tamtejsza społeczność jednak nadal wydaje się wyjątkowo prawa i moralna. Nowe badania mówią, że zaskakująco wielu chrześcijan nie wierzy w życie pozagrobowe. Jaki więc sens ma cierpienie?
Ludzie starają się sterować całym swoim życiem, ale nie ma pięknego życia bez ładnej puenty. A dzisiaj, także dzięki osiągnięciom medycyny, prawie nikomu to się nie udaje.

Wydanie: 46/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy