Kraina z Biedronki

Kraina z Biedronki

Im bardziej zanika przemysł, tym intensywniej w polskiej krainie rozbudowują się markety. Można nawet powiedzieć, że lokalny krajobraz kościołami, bankami i marketami stoi. Wśród tych ostatnich najszybciej rozwija się sieć Biedronka, dzięki czemu biedni Polacy powiększają zyski portugalskiego koncernu.

Tak to jest, kiedy ubóstwo rodaków idzie w parze z zakupem kiepskich, ale tanich towarów spożywczych. Nie tylko jednak – bieda sprzyja również nędzy umysłowej, kulturalnej, społecznej. W Biedronce trudno kupić prasę. Ale po co prasa? – mógłby zapytać biedronkowy menedżer. I sam mógłby sobie odpowiedzieć: przecież biedronkowy naród zazwyczaj niczego nie czyta (jeśli już, to ewentualnie „Fakt”). Z kiepską ofertą Biedronki dla mieszkańców Polski współgra brukowa pseudoprasa, ale także różnego rodzaju proste, czarno-białe wizje świata. Stąd tylko krok do poparcia wszelkich prymitywnych populizmów politycznych. W tym sezonie Korwin-Mikkego wygryzł Kukiz i teraz wokół niego gromadzi się niewiele rozumiejąca, ale poirytowana, pozostawiona sama sobie i najbardziej sfrustrowana część polskiego społeczeństwa. A to, że szykuje się kolejne i bardzo szybkie rozczarowanie, tylko utwierdzi „biedronkowców” w spiskowych wizjach świata.

Jak regularnie pokazują analizy socjologiczne, bieda rodzi nietolerancję i skłonność do zamykania się w oblężonej twierdzy – tych, którzy „żyją w prawdzie i pozostają w czystości” (narodowej, religijnej, czasami rasowej) oraz bardziej cenią tradycyjne dogmaty niż samodzielne myślenie. Z kolei im społeczeństwo bogatsze i bezpieczniejsze w wymiarze socjalnym, tym mniej zaczynają się liczyć narodowo-religijne mity i przyziemny materializm, a upowszechniają się – jak twierdzi choćby socjolog Ronald Inglehart – „wartości postmaterialistyczne”: otwartość kulturowa, tolerancja wobec inności, samospełnienie, różnorodność kulturowa. W takim społeczeństwie również demokracja obywatelska kwitnie, ludzie są aktywniejsi w sferze publicznej, a wszelkim mniejszościom łatwiej się żyje.
Widać wyraźnie, że wbrew oficjalnym statystykom i optymistycznym komunikatom mediów głównego nurtu społeczeństwu polskiemu jeszcze daleko do modelu, w którym ludzie bardziej angażują się w ekologię czy ochronę praw obywatelskich niż w wiarę w magiczną moc najgłupszych zaklęć. Pisząc ten tekst, jeszcze nie wiem, kto wygrał wybory prezydenckie, ale bez względu na wynik wyznawcy mrocznych sił – co pokazała kampania – mają się w Polsce dobrze, a autorytaryzm polityczny i kulturowy wciąż zagraża podstawowym wolnościom osobistym.

Widać to na każdym kroku. Z tego powodu ciekawi mnie, jak zakończy się rozgrywany 27 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie finał Ligi Europejskiej pomiędzy ukraińskim Dnipro Dniepropietrowsk a hiszpańską Sevillą. I nie tylko o wynik sportowy mi chodzi, ale o przyjęcie kibiców obu drużyn. Czy znowu zwycięży polski nacjonalizm oraz tępota łysych osiłków krzyczących bez zrozumienia „Bóg, honor, ojczyzna” i w imię tego hasła bijących wszystkich, którzy nie należą do ich plemienia zagubionych troglodytów? Czy może jednak okażemy się jako kraj bardziej otwarci i godni europejskich imprez? Takie wydarzenia wiele mówią o miejscu, w którym się rozgrywają, oraz o trendach społecznych obecnych w lokalnych zbiorowościach. Test będzie niezwykle klarowny – z jednej strony będą znani z lewicowych poglądów kibice Sevilli, z drugiej kibice ukraińskiej drużyny. Ci drudzy – jak cały wschód Europy – obciążeni są skłonnościami do autorytaryzmu, powielaniem rasistowskich uprzedzeń i tworzeniem zamkniętych twierdz „tylko dla swoich”.

Jak napisał jeden z polskich kiboli w internecie: „Nic tak nie zdenerwuje lewaków z FC Sevilla jak nawiązanie do bohaterstwa gen. Franco i jego żołnierzy”. A co, zdaniem lokalnych, prawicowych kiboli, ma zdenerwować ich równie nacjonalistycznych ukraińskich odpowiedników? Dawne konflikty historyczne? Frustraci zawsze znajdą jakiś powód do wyładowania agresji.

Jak się wyrwać z tego błędnego koła, w którym bieda nakręca teorie spiskowe i prawicowy populizm? Przecież – jak pokazuje historia – wykluczenie socjalne tworzyło w przeszłości również silne ruchy emancypacyjne i postępowe. Do tego potrzeba jednak edukacji politycznej i postępowych edukatorów. U nas ci, którzy mogliby odgrywać tę rolę, są zajęci sobą i wiszeniem u klamki podupadłych salonów. W takich warunkach lud się degeneruje i zamiast krytycznych oraz aktywnych klas ludowych mamy bezwładny tłum, który raz idzie za Rydzykiem, a raz za Korwin-Mikkem czy Kukizem, ale zawsze towarzyszą temu ponure, czarno-białe, często brunatne wizje, niewiele mające wspólnego z równością i wolnością.

Wydanie: 22/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy