Nie igrać z historią!

Wisława Szymborska napisała w wierszu „Dzieci epoki”, że cała nasza epoka jest polityczna. Zdaniem poetki, sprawami politycznymi są teraz „wszystkie twoje, nasze, wasze dzienne sprawy, nocne sprawy”. Nawet wiersze apolityczne są, według naszej noblistki, polityczne.
Wiersza „Dzieci epoki” nie należy brać dosłownie. Już Horacy w swej „Sztuce poetyckiej” pisał, że malarzom i poetom przysługuje prawo do swobody twórczej (licentia poetica). Z takiej swobody nie mogą korzystać przedstawiciele wszelkich nauk, wśród nich zwłaszcza ścisłych, ale także innych profesji, m.in. medycyny czy prawa (wyobrażamy sobie porządek prawny, którego podstawą byłaby licentia juridica, zezwalająca sędziom na dowolność w orzekaniu!).
Uczestnicząc w życiu współczesnej Polski, trudno wszelako oprzeć się wrażeniu, że polityka wywiera dziś przemożny wpływ również na działalność naukową. Ingerencja polityki w sferę nauki jest szczególnie wyrazista w dziedzinie badań nad najnowszą historią Polski. Niezbitym tego dowodem jest działalność Instytutu Pamięci Narodowej, która nie jest i nie może być apolityczna, gdyż nastawiona jest na rozliczenie z komunistycznymi zbrodniami. Jeśli z kolei uczony nastawiony krytycznie do tej instytucji porównuje ją z czerezwyczajką, to z pewnością nie jest naukowcem w pełni apolitycznym (bezstronnym), opowiada się bowiem po stronie określonej opcji politycznej.
Siłą rzeczy nie są sterylnie apolityczni wysoko postawieni prawnicy, gdy dają się wciągać w ocenę politycznych awantur w Sejmie. Dotyczy to w szczególności prezesa Trybunału Konstytucyjnego, a także rzecznika praw obywatelskich. Autorytety tego formatu powinny, moim zdaniem, powstrzymywać się od wystąpień o zabarwieniu politycznym, takich jak list do marszałka Sejmu z potępieniem posłów prawicy za ich napaści na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej i prezesa Narodowego Banku Polskiego. W kwestii takich listów zdania mogą być jednak inne, jeśli się założy, że wybitni prawnicy nie powinni milczeć, gdy w parlamencie tworzącym prawa psują się obyczaje.
Oceną historii Polski z lat 1944-1989 powinni zajmować się historycy wolni od uprzedzeń lub sympatii, prowadzący badania wolne od nacisków politycznych. Są to uczeni zatrudnieni w instytutach Polskiej Akademii Nauk i na uniwersytetach. Połączenie w IPN działalności śledczej z badawczą jest nieporozumieniem, na które słusznie zwrócił uwagę Adam Michnik („Gazeta Wyborcza” z 12.03.br.). Nastawienie na szukanie winnych z pewnością nie sprzyja obiektywizmowi historyków, którzy pozostają pod presją klubów poselskich. Pokazała to debata w Sejmie w dniach 28 lutego i 1 marca br. nad sprawozdaniem prezesa IPN.
Publius Cornelius Tacitus (zwany u nas Tacytem) przekazał potomnym ciągle aktualną radę, że badania historyczne należy uprawiać sine ira et studio, to znaczy bez gniewu i stronniczości.
Sine studio znaczy w powyższej sentencji „bez uprzedzeń”, ale zwrot ten jest mylący, gdyż słowo studium używane było przez starożytnych Rzymian także w znaczeniu „nauka, badanie” (por. J. Sondel „Słownik łacińsko-polski dla prawników i historyków”, Kraków 1997, s. 903). Tacyt nie używał zwrotu sine studio w tym rozumieniu. Oznaczałoby to, że historycy mogą wysuwać tezy niemające podstawy w badaniach (studiach)!
Odpowiedzialny historyk nie zabiera głosu w sprawach, których dokładnie nie przestudiował. Niestety, w literaturze, zwłaszcza publicystycznej pojawiają się nieraz poglądy, które świadczą o niedostatku wiedzy historycznej autorów.
Jednym z przykładów emocjonalnej interpretacji zdarzeń historycznych niepopartych głębszą refleksją jest np. pogląd, że nasze dążenia do odbudowy cmentarza Orląt we Lwowie wynikają z narodowej próżności i są nieuzasadnione, ponieważ dla zachodnich Ukraińców cmentarz ten jest symbolem czci dla ich wrogów. Takiemu stawianiu sprawy może wtórować zapiekły nacjonalizm: narodowe ofiary należy czcić tylko we własnych krajach. Znaczy to, że polscy żołnierze, którzy zginęli za swą ojczyznę, nie są godni upamiętnienia w miejscach, gdzie polegli, gdy te tereny znajdują się we władaniu potomków dawnych wrogów. Takie myślenie jest obce cywilizowanym narodom. Są na to liczne dowody. Np. w Wiedniu na Schwarzenberg Platz stoi okazały pomnik żołnierzy sowieckich (Russen Heldendenkmal). W jednym z przewodników po Wiedniu napisano, że pomnik ten jest dla wiedeńczyków „raczej ponurym wspomnieniem o brutalności wyzwalających i biedzie, jaką cierpiała po wojnie sowiecka strefa okupacyjna” (Rob Humphreys „Wiedeń”, przekład polski, Wyd. Pascal 1999 r., s. 116). Pomnik jednak stoi z wyrytymi na cokole nazwiskami poległych, a nawet z cytatem myśli Józefa Stalina!
Fałszem jest sugerowanie, że walka o Lwów w 1918 r. nie była jakoby słuszna, bo Orlęta strzelały do Ukraińców i zabijały ich. W. Pobóg-Malinowski udowodnił w swej „Najnowszej historii politycznej Polski” (okres 1914-1939, Gdańsk 1990, s. 138-139), że wybuch wywołała 1.11.1918 r. strona przeciwna. Polacy z lwowskich garnizonów wojskowych zostali rozbrojeni i internowani, a wszystkie ważniejsze gmachy rządowe i miejskie zostały obsadzone siłami ukraińskimi. Na skrzyżowaniach ulic ustawiono posterunki z karabinami maszynowymi. Polskie wówczas miasto, wierne Rzeczypospolitej (semper fidelis), ujrzawszy się pod okupacjaą ukraińską, stanęło w obronie swych praw (W. Pobóg-Malinowski, jw., s. 139). W walkach były ofiary po obu stronach. Także Ukraińcy strzelali do Polaków i zabijali ich. Gdyby strzelały tylko Orlęta, to problemu cmentarza we Lwowie w ogóle by nie było. Nikt przecież o zdrowych zmysłach nie powie, że na tym cmentarzu zostali pochowani samobójcy.
Jest rzeczą fatalna, że spór o cmentarz Orląt po raz kolejny nabrał ostrego wymiaru politycznego (B. Łagowski „Cmentarze i pomniki”, „Przegląd” z 18.02.br.). Nie rozdrapując dawnych ran, powinniśmy pochylić się w hołdzie nad bohaterami z obu stron, zamiast dociekać, czy Orlęta zasłużyły sobie na pomnik na lwowskiej ziemi, która była kiedyś polska i za którą oddały swe młode życie.
W sprawach o cmentarze wojskowe nie należy podsycać waśni między narodami wytykaniem wzajemnych krzywd, które rodzi żądzę odwetu (oni burzą nasze pomniki, to my w rewanżu zrobimy to samo).
W pełni podzielam pogląd, że zburzenie pomnika marsz. Koniewa w Krakowie było bezprzykładnym barbarzyństwem (B. Łagowski). Osobiście mogę uważać go wręcz za mego wybawiciela spod hitlerowskiej okupacji. Gdyby nie udany manewr wojenny jego armii, to nie wiem, jaki byłby los mój, 19-letniego wówczas człowieka, i los całej mojej krakowskiej rodziny. A czym był Kraków pod niemiecką okupacją, wiedzą tylko ci, którzy dożyli czasów obecnych.

Wydanie: 15/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy