Ruszyć głową

Ruszyć głową

Bez uprzedzeń

Rozczarowanemu zwolennikowi lewicy Marek Dyduch, sekretarz generalny SLD, odpowiedział: „Jestem przekonany, że nie ma przyzwolenia społecznego na bijatykę z prawicą, tylko na rozwiązywanie naszych problemów…” („Trybuna”, 13.09.br.). Z całą pewnością na bijatykę z prawicą nie ma przyzwolenia, podobnie jak na żadną bijatykę, także między swoimi. Do tego, że bijatyka w ogóle jest karalna, trzeba dodać możliwość, że prawica w niektórych sprawach może mieć rację. W aktualnie toczących się sporach i konfliktach trudno byłoby mi wskazać przypadek, kiedy ona rzeczywiście ma rację, ale mogę być uprzedzony. Słuszne jest domaganie się od państwa skuteczniejszej ochrony obywateli przed przestępcami i osobnikami aspołecznymi, ale za tym stwierdzeniem nie idzie przyznanie racji panom Kaczyńskim, którzy taki program głoszą. Oni bowiem mają taki styl życia, że nie powiedzą trzech zdań, aby nie wysunąć przeciw komuś insynuacji, kogoś nie oskarżyć i na oślep nie domagać się śledztwa. To, co wydaje się słusznym programem, okazuje się, zwłaszcza po ostatnich wyrokach sądowych, ekspresją cech osobowościowych. I chociaż większość społeczeństwa pragnie surowszego, sprawiedliwszego karania przestępców, na partię panów Kaczyńskich głosuje niewielka część wyborców. Reszta nie chce powierzać swego bezpieczeństwa nie dość dojrzałym liderom partii PiS. Podobnie sprawa przedstawia się z politykami Platformy Obywatelskiej. Wygłaszają oni nieraz bardzo rozsądnie brzmiące poglądy na temat wolności gospodarczej, ale większość przedsiębiorców, którym na wolności bardzo zależy, pamięta, że gdy ci politycy byli u władzy, uprawiali najbardziej ryzykowny, a nieraz też obskurancki interwencjonizm gospodarczy.
Rozczarowani wyborcy lewicy nie domagają się od SLD żadnej bijatyki z prawicą. Pragną tylko, aby ta partia miała własne stanowisko w ważnych sprawach politycznych, aby umiała je przekazać ogółowi i aby nie wycofywała się ze swoich pozycji ze strachu, co powiedzą przeciwnicy. Partia, jeśli chce mieć wiernych zwolenników, musi też zadbać o to, aby mieć wyraźnie określonych przeciwników. Obiektywnie biorąc, SLD ma ich więcej, niż potrzebuje, w każdym razie nie za mało, niestety, zamiast korzystając z ich istnienia, prezentować krajowi swoją odrębność, co oznacza również: swoją wyższość, zamazuje różnice, podporządkowuje swoje działanie wizji rzeczywistości narzuconej krajowi przez innych i umożliwia im ocenianie swoich działań według ich kryteriów. Sojusz jest myślowo niesłychanie bierny, zarówno gdy chodzi o wielkie sprawy, jak też w międzypartyjnej grze politycznej, w której nigdy się nie widzi, aby on narzucał tematy sporu, przeciwnie, daje sobie tematy narzucać. A przecież na razie żadna partia nie ma tak przemyślnej ekipy kierowniczej jak SLD. Słabość, o której mówię, uwyraźniła się poprzez efekt kontrastu, gdy do rządu wszedł Grzegorz Kołodko, który posiada to, czego brakuje SLD. Sądzę, że to dzięki niemu poprawiły się notowania Sojuszu w sondażach. Kołodko nie uprawia bijatyki z prawicą, ale jest do tego stopnia, że się tak wyrażę, suwerenny intelektualnie, że bijatyka, jaką mu wydali przeciwnicy, od razu zamieniła się w papkinadę. Pierwszy Papkin wystąpił ubrany w spódnicę.
Jeśli chodzi o wielkie problemy, co do których SLD i cała zresztą lewica nie ma stanowiska i naśladuje obce, trzeba wymienić teorię własności. Gdyby się widziało, że lewica podchodziła do tego zagadnienia z nadzwyczajną ostrożnością, można by to rozumieć, a nawet chwalić, zważywszy wymowę niedawnej przeszłości. Komunizm, który niczego oryginalnego nie wymyślił, jeśli chodzi o instytucje ucisku, bo zastosował w czasach broni maszynowej i elektryczności metody opresji wypraktykowane już przez średniowieczne chrześcijaństwo, będzie pamiętany po wiek wieków jako katastrofalna dla Rosji, Chin i niektórych innych krajów fantazyjna próba zniesienia prywatnej własności. Kompromitacja kolektywizmu doprowadziła w Rosji do własnościowego surrealizmu, w którym najdziwniejsze jest to, że nikt się temu nie dziwi. W Polsce dla odmiany doszło do takiego paraliżu myśli w tym punkcie, że nawet rząd lewicowy nie wie, co powiedzieć amatorom posiadania, których tytuły własności giną w mrokach historii rodzinnych. Jak pogodzić tę gotowość do zaspokajania cudacznych roszczeń własnościowych opartych na papierowych przesłankach z milczącym uznawaniem prawa podopiecznych państwa socjalnego do cudzego dochodu? Na pracowników i przedsiębiorców, którzy doszli do posiadania takich czy innych dóbr ciężką pracą, państwo nakłada ciężary socjalne znacznie ograniczające ich prawo własności. Ja nie wiem, może to jest nieuniknione, bo to się dzieje na całym świecie, ale jaką logiką kierują się polskie rządy, z lewicowym włącznie, gdy za pomocą polityki socjalnej odejmując własności prywatnej jej „świętość”, natychmiast przywracają jej tę świętość, gdy jakiś filut z Kołomyi żąda odszkodowań za trzysta hektarów lasu, będących rzekomo w posiadaniu jego przypuszczalnego pradziadka. O ile ten naciągacz niewątpliwie musiał mieć pradziadka, to bardzo niepewne pozostanie, czy pradziadek miał jakiś las. Zastanawia mnie ta korna postawa polskich rządów wobec ludzi, którzy występują z roszczeniami majątkowymi, niemającymi żadnego uzasadnienia w ich pracy. Na treść prawa własności składa się pewna oczywistość, którą możemy sobie nazwać prawem naturalnym (pełne prawo własności ma się do tego, co się samemu wypracowało), oraz konwencja ustawowa zależna od władzy politycznej i zmieniająca się pod wpływem interesów narodu.
Niech liderzy lewicy, spotykając się ze strony swoich wyborców z zarzutem braku ostrości w polemikach z prawicą, nie uciekają w hiperbole, bo nie o żadną „bijatykę” chodzi, lecz o to, aby największa partia w Polsce zdobyła się na odwagę posiadania własnego zdania, zgodnego z interesem narodowym i zdrowym rozsądkiem. Sapere aude, jak mawiali nasi przodkowie Sarmaci.

 

Wydanie: 39/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy