W dworku Wielkiego Brata

TELEDELIRKA 

Józef Chałasiński, pisząc „Społeczną genealogię inteligencji polskiej”, znalazł na nasze nieszczęście jej korzenie w szlachcie. Dobrze urodzona Maria Skłodowska, uznana przez rodzinę za nimfomankę, została wysłana za granicę, by nie przynosiła wstydu w kraju. Dzięki temu nie zdurniała, haftując ptaszki na bębenku, lecz mogła się rozwijać aż do Nobla włącznie. Wybitny matematyk, Andrzej Banach, był synem praczki, nie znał własnego ojca. Również arystokraci, Jan Potocki, twórca „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, i Zygmunt Krasiński, którzy szarakami z dworków nigdy nie byli, tworzyli wysoką kulturę.
Profesor Chałasiński, jak Sienkiewicz w Trylogii, chciał rzecz ku pokrzepieniu serc napisać, wymyślił więc, że wszechpotężne IQ naszego inteligenta wiąże się ściśle ze szlachtą. Mit ten od dawna powinien znajdować się w gabinecie figur woskowych albo w skansenie, w którym siedzą jak anioł dzieweczki i przędą te swoje cholerne niteczki, zamiast się uczyć. Mit dworku rozlewa się po mózgach jak nieuregulowane rzeki po kraju, podobne siejąc spustoszenie. Gdybyż to była tylko piękna tradycja, to OK, ale to nieuleczalna i zabójcza mania wyniosłości!
Jako osoba już wiekowa miałam okazję poznać ludzi pochodzących z tych mitycznych budowli, które tak pięknie wychodzą w albumach Z. Żyburtowicza. Tu ganek, tam weranda, a pod facjatą we łbie słoma. Najzabawniejsze opowieści z dworków wyszły z ust starszej matematyczki z doktoratem. Jej ojciec był szefem filii Alfa Laval w naszym kraju, do szaleństwa zdolnym samoukiem, które to zdolności przekazał za pomocą genów swej córce. Co roku, dzieweczką będąc, spędzała wakacje u przyjaciółek-szlachcianek. Jadło się, piło się, cierpiało kaca, obstrukcje lub wręcz przeciwnie, a przy stole rozprawiało się o tym. Polowało się, podwieczorkową porą klemprało się na fortepianie, gadało o d… Maryni, narzekając, że nieokrzesana. Wszystko jak u Gombrowicza, choć u niego pojawiła się grzeszna chęć zbratania z parobkiem, silnie seksem podszyta. Inteligentem prawdziwym zostawał ten, kto z dworku uciekł, najlepiej za granicę i tam ćwiczył mózg. Oprócz tych chlubnych wyjątków mało kto co czytał, może więc w tym jest ta przeklęta tradycja szlachecka, wiecznie żywa, bo i dziś obywatel statystyczny pół książki rocznie konsumuje.
Do Kitowicza „Opisu obyczajów” (pięknie w teatrze przez braci Grabowskich pokazanego) radzę zajrzeć, a pojawi się zaraz życie dworkowe. Gdybyż oni mieli tam w salonie telewizor! O, wtedy byłoby o czym rozprawiać, na co po szlachecku sarkać, szabelką grozić. Już sobie wyobrażam to narzekanie z wysoka na „Big Brother”! Te rozmowy pogardliwe o niżej urodzonych niż ziemianie, choć ziemianin eo ipso blisko ziemi się lokuje. Wyimaginowane przeze mnie gadanie o Manueli, Januszu, Alicji i Gulczasie, co zamiast konia ujeżdża harleya, przypominałoby jako żywo dyskusje, które opanowały kraj. Liberum veto nałożyć na chudopachołków! Dlaczego wieśniak ma oglądać coś, czego władcy dusz nie polecają maluczkim robaczkom?
Szlachetczyzna funta kłaków nie warta w całej swej brudnej postaci wyłazi z przyzwoitych osób. Poczucie wyższości sięga boskich kompetencji. Lamenty nad upadkiem kultury łączą się nierozerwalnie z „Bigiem”, jakby on naszą wielką, k…, przez duże K pisaną Kulturę, zabijał jak Rambo. Dostali po łbie Miecugow i Najsztub, prowadzący reality show, dostali szpilę dziennikarze za wywiad z Manuelą w „Wysokich Obcasach”. A nie pomyślą krytycy ani przez moment, że to oni mogą się mylić, a pulsujące życiem „Obcasy”, które wyrosły na świetne pismo, oraz Grzegorz Miecugow mają rację. Nawet nasi najlepsi socjologowie wypowiadają się z cokołów. Zamiast analizy, potępienie i żądanie zakazów. Pewien filozof, medialny i dobrze piszący, odpowiadając na lament dziennikarki, mówi tak: „Teraz mamy do czynienia z dyktaturą ciemniaków, narzuconą nie przez jednego dyktatora, tylko przez olbrzymią klasę motłochu”. Filozof czuje pogardę do „olbrzymiej części” własnego narodu, nazywając go motłochem. Mówi językiem gorszym, rzeczy bardziej horrendalne niż którykolwiek z mieszkańców domu „BB”.
W swoich felietonach walę po oczach albo na odlew, ale zawsze kogoś za coś, nigdy nie mogłabym napisać o „olbrzymiej klasie motłochu”, mając na myśli ludzi, którzy po prostu nie są odpowiednio wykształceni, wychowani, urodzeni. Traktuję takie zachowania jak masowe oglądanie „Big Brother” jako niezwykłe zjawisko. Powtarzanie plepleple za Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, że mieszkańcy to knajackie nasienie i sama przeciętność, jest absurdalne. Ci ludzie zostali wybrani z kilkunastu tysięcy osób i sprawdzili się w rozrywkowym programie, który chwycił. To wszystko. I leci z nami pilot. Wystarczy nacisnąć i nie ma tego, czego się nie chce.
O fenomenie „BB” pisze Zygmunt Bauman. Bez wyższości, bez zazdrości, że komuś udało się zdobyć popularność, która należy się komuś innemu, analizuje wszechświatowe powodzenie programu. Pokazuje odbiór w innych krajach. We Francji „Loft Story” pobił na głowę festiwal w Cannes i rozgrywki finałowe. W Wlk. Brytanii 10 milionów młodych ludzi w wieku od 18 do 25 lat głosowało na zawodników, a do wyborów poszło półtora miliona. Szkoda, że nie dyskutuje się o tekście Baumana z „Wyborczej”. Urodzenie na strychu szlacheckiego dworku zwalnia niektórych od refleksji, zachęca zaś do wymachiwania szabelką. Rodowód bardzo się liczy, zwłaszcza gdy jest się uroczym spanielem o kudłatych nogach i obwisłych uszach.

Wydanie: 33/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy