Podróżować, nie podróżując

Podróżować, nie podróżując

Część Wigilii spędziliśmy na izbie przyjęć z naszym czterolatkiem. Na szczęście nie musiał zostać w szpitalu. Pusto, luksusowo. Może panie w recepcji jakby trochę nieszczęśliwe. Lekarka profesjonalna, ale raczej bez uśmiechu. Jeszcze mi się uśmiechów zachciewa. Pytałem znajomych o ich ostatnie doświadczenia ze służbą zdrowia. Wszystkie były raczej dobre lub dobre. A piszę o tym, gdyż media demonizują polską służbę zdrowia. I ona siebie też demonizuje – myślę o nieporozumieniach z Porozumieniem Zielonogórskim. Jesteśmy mistrzami świata w niedogadywaniu się ze sobą. Najpierw jest wielkie narzekanie, że nasze państwo jest słabe, a gdy państwo próbuje być silne, to krzyk, że zamordyzm.

Jak zwykle źle się czuję pierwszego dnia nowego roku. Syzyf, który widzi, że ze swoim kamieniem znowu jest na dole i musi go od nowa pchać pod górę. I dziwne uczucie, że gdy się weźmie miniony rok i ściśnie, to w dłoni nie zostaje prawie nic.

A ten rok był przecież ważny. Przez 25 lat w tej części Europy było bezpiecznie, jak nigdy do tej pory. I udało nam się uwierzyć, że tak będzie już zawsze. I to się skończyło.

Nasza wojna domowa? Insynuacja jako prawda objawiona. Tusk i Komorowski bezpośrednio nie zabili prezydenta Kaczyńskiego, ale pośrednio jak najbardziej, wybory niby niesfałszowane, ale sfałszowane. Nie logika, ale mieszanie ludziom w głowie i budzenie niepokoju. Stan niejasny jako oświecenie.

Śmierć Staszka Barańczaka. W roku 1985 mieszkałem jakiś czas w domu Barańczaków pod Bostonem. W ciągu dnia liczyłem jego głośne westchnienia i swoje. Wyszedł mi remis. On ma już święty spokój. Odszedł też Krzysztof Krauze, nie tylko świetny reżyser, ale też człowiek. Ostatni raz spotkałem go w sklepie i przywitałem się, nadal czuję ten uścisk ręki. Ale to było jeszcze daleko do jego raka. Umierał długo i mówił, że takie umieranie nie ma sensu. Bliskie to mojemu myśleniu. Ładne życie powinno być zamknięte ładną śmiercią. Nie ma dobrego życia ani filmu bez ładnej puenty.
Oglądam film Krauzego „Papusza”. I myślę o poecie Jerzym Ficowskim, jest tam ważną postacią. Znałem go od dziecka. I jak bywa w takiej sytuacji, nie byłem nim wystarczająco zainteresowany. Też dlatego mało interesujemy się życiem naszych rodziców. Są jakby za blisko, zbyt oswojeni, aby nas sobą intrygowali. I potem żal, że o tylu rzeczach nie zdążyło się porozmawiać. Nie wiedziałem, jaką Ficowski miał ciekawą, nie tylko „cygańską” biografię. Pamiętam za to rok 1980, zbieram podpisy pod petycją artystów solidaryzujących się ze stoczniowcami. Dom ZAiKS w Konstancinie, pukam do pokoju Jerzego Ficowskiego. Otwiera mi drzwi, rzuca mi się na szyję, tak chciał ten list podpisać. A ja ze zdumieniem widzę świerk zwalony na jego balkon, czubek drzewa o włos, a wybiłby szybkę balkonową. Jechałem tu przez wielką wichurę, która wydawała się ważnym znakiem od natury. Ficowski pokazuje zwalone drzewo i mówi słowami Szekspira: „Las Birnam ruszył”.

Pojechałem z tym listem do stoczni, gdzie zostałem aż do szczęśliwego końca strajku. Mój reportaż z tych wydarzeń będzie nosił tytuł „Las Birnam ruszył”. Dzięki świerkowi i Ficowskiemu.

Ludzie wokół coraz częściej umierają, ale też coraz więcej podróżują, świat stoi przecież otworem. A ja coraz mniej jeżdżę. Uczę się za to podróżować inaczej. Czytam dzieciom „Kubusia Puchatka” Alana Alexandra Milne’a. Pierwowzorem Krzysia był Christopher, syn pisarza, który opublikował garść wspomnień „Poza światem Puchatka”. Krzyś ze swoimi „zwierzętami” poszedł na wojnę światową i był nawet ciężko ranny. O tym też jest w jego książce, a opisy wojny należą do najlepszych, jakie znam. W angielskim miasteczku prowadził niewielką księgarnię i z niej żył. A więc Krzyś też miał literacki talent, był jednak człowiekiem tak cichym i skromnym, że z niego nie korzystał. Poza tym miał pewne urazy z dzieciństwa, zacinał się. Jego stosunki z ojcem wcale nie były tak dobre, prawie w ogóle ich nie było. Wspomina o tym delikatnie: „Mój ojciec był twórczym pisarzem i właśnie dlatego nie potrafił się bawić ze swoim synkiem, którego wysnuł w marzeniach, i znajdował radość gdzie indziej. Zamiast tego pisał o nim”.

Ujęła mnie myśl Christophera o względności wielkości i odległości. Zauważył: „Czasami się zastanawiam, jaka jest korzyść z wielkości i odległości. Czy astronom z teleskopem widzi więcej niż biolog z mikroskopem? Czy podróżnik widzi więcej niż ten, kto zostaje w domu? (…) Mieszkam więc u ujścia doliny. Mam małą księgarnię w małym miasteczku i rzadko wypuszczam się gdzieś dalej”.

Wydanie: 3/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy