Nad Capulettich i Montecchich domem…

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Na weneckim dworcu Santa Lucia obiecaliśmy sobie, Irena, Maria, Tadeusz i ja, że wsiądziemy do pierwszego pociągu byle jakiego, gdziekolwiek by odchodził. Do Rawenny, to do Rawenny, do Werony, to do Werony. Inne kierunki nas nie interesowały. Wypadło na Weronę. Całe Veneto jest niziną przeciętą Wzgórzami Euganejskimi. Na wzgórzach to pałace, to klasztory, to znów jakieś odwieczne ruiny. Równina jest bardzo zielona, a winnice jeszcze czarne. Ale nie mniej niż winnic jest jakichś równo podciętych plantacji, kwitnących różowo i fiołkowo. To migdały, kto by pomyślał, że w takich ogromnych ilościach. Po godzinie – Werona, podobno najbogatsze po Wenecji we wszelakie cuda miasto. W każdym razie okazało się potem, że na panoramie Werony nie umiem rozpoznać ani jednej budowli – po całej dobie zwiedzania. Istna groza, Włosi muszą chyba wariować od nadmiaru cudów.
Ale przede wszystkim pielgrzymka do domu Julii. Szekspir trochę pomylił nazwiska, Julia nie była Capuletto, ale Capelle, a zapewne nie istniała wcale. Ale dom jej istnieje, jest też słynny balkon i posąg z brązu, wytarty do połysku na jednej piersi i jednym pośladku – tu właśnie kładą ręce miliony turystów chcących mieć z Julią zdjęcie. Też zrobiliśmy sobie taką frajdę z Tadeuszem, bo to czysto męska specjalność. I przez cudowną starówkę poszliśmy sobie do Palazzo Vecchio i prastarego mostu – rezygnując z konieczności z innych pałaców i mostów. Podjechaliśmy jakimś autobusem na gapę i przed naszymi oczyma objawiło się
zamczysko niewiele mniejsze od malborskiego, za to starsze. Obok łuk triumfalny Gawiusza z I wieku.
Dziwne. Wszystkie zabytki rzymskie, nie tylko w Weronie, gdzie głównym zabytkiem jest Arena, coś w rodzaju Colosseum, są oślepiająco białe, a po prawdzie, przypominają szkielet. Jakby mówiły, że nie biorą udziału we współczesnym życiu. Zauważyłem to już przed laty w Prowansji. Maria, która jest malarką, oponuje żywo. To podobno po prostu kolor miejscowego kamienia. Ale dlaczego kościoły są albo bure, albo czerwone i nie przypominają szkieletu? W każdym razie mamy o czym gadać.
Historia Werony, podobnie jak i całych Włoch, była zawiła, a każdy okres coś po sobie zostawiał. Najpłodniejsze były czasy komuny miejskiej i Scaligerów, potem, od XIV wieku panuje tu Wenecja. Bodaj to budować z kamienia, coś z tego zawsze zostaje, dla udręki jednodniowych turystów. Romeo też ma swój dom i ulicę, a oboje z Julią wspaniały grobowiec, podobno pusty. Zresztą historia i kultura tak się tu nałożyły na siebie, od rzymskiego poety Catullusa poczynając, tyle muzeów, kościołów, pałaców, mostów i triumfalnych bram, że trudno to nawet spamiętać. Ale ja nie piszę przewodnika po Weronie, a raczej po
własnym olśnieniu.
A olśnił mnie szczególnie kościół San Zeno Maggiore budowany od IV do XIV wieku, ale w zasadzie romański. I nie chodzi tu o słynny tryptyk Mantegni, czy inne arcydzieła, bo do północnych Włoch pasuje jedynie stopień najwyższy, wszystko jest naj i ach, ale stosunkowo późny, bo z XIV wieku posąg świętego Zeno. Zeno był biskupem i uczonym coś chyba w IV wieku, rzeźbiarz naturalnie nigdy go nie widział. Posąg jest wielki i kolorowy, przedstawia Zena w biskupim stroju, z perkatym nosem i prześlicznie uśmiechniętego. Całość sprawia przesympatyczne wrażenie, bo święci na obrazach śmieją się rzadko.
A potem już wszystkiego mieliśmy dosyć, stwierdziliśmy, że niczego już nie obejrzymy, bo mamy dosyć i dosyć, i trochę na siebie obrażeni, ale już nie wiem za co, rozpoczęliśmy odwrót do hotelu, wykrzywiając się z obrzydzenia na widok co większych arcydzieł. W dodatku zaczęło lać, ale całymi strugami. Więc już tylko naprzeciwko Areny oddaliśmy się, jak pisze Herbert, szaleństwom makaronu. We Włoszech jest sto tysięcy makaronów i milion nazw. Nie lubię pizzy, ale te wszystkie lasagne, taliatelle, pasty są naprawdę godne uznania. Żona za nimi szaleje i boleje, że nie urodziła się Włoszką. Tadeuszowie na złość wszystkim jedli pizzę. Istna gombrowiczowska wojna na miny i gęby.
A rano skoro świt wyjechaliśmy do Rawenny.

Wydanie: 21/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy