Koniec roku i co dalej?

Koniec roku i co dalej?

Kończy się rok 2009. Wszędzie w mediach pełno podsumowań. Najważniejsze wydarzenia mijającego roku, największe sukcesy, lista tych, którzy odeszli. Nie mniej prognoz, jaki też będzie nadchodzący rok 2010.
Taki czas. Czas podsumowań i prognoz. Trudno od tego uciec. Wygląda na to, że w polskiej polityce niestety rok 2009 był kolejnym rokiem straconym. Mimo względnie łagodnego przejścia przez światowy kryzys. Trudno jednak powiedzieć, czy większa to zasługa rządu, czy polskich przedsiębiorców i setek tysięcy ich pracowników. Po raz kolejny okazało się, że Polacy sobie radzą nawet tam, gdzie państwo nie bardzo sobie radzi.
Platforma, mocno trafiona aferą hazardową, nagle odkryła, że trzeba zmienić szefa CBA. Cokolwiek by teraz w sprawie działań Mariusza Kamińskiego wykryła prokuratura rzeszowska, niestety pośrednio godzi to w Donalda Tuska. Przez dwa ostatnie lata to właśnie on jako premier bezpośrednio nadzorował szefa CBA, a skoro nadzorował, to także odpowiada za wszystkie patologie tej podległej mu służby. Premier zdaje się nie przyjmować tego do wiadomości. Kiedyś być może będzie musiał. Jedynym rozsądnym wyjściem byłoby włączenie CBA w struktury policji, która i tak ujawnia i wykrywa grubo ponad 90% wszystkich przestępstw korupcji w Polsce. CBA, uciekając się do dość wątpliwych z punktu widzenia zasad państwa prawa metod (co, nawiasem mówiąc, jest przedmiotem badania prokuratury), ujawniało i wykrywało zaledwie ok. 3% takich przestępstw. Jaki jest więc sens utrzymywania takiej odrębnej struktury z własnym zapleczem logistycznym? Rząd to doskonale wie. Nie ma jednak odwagi zaproponować rozwiązań racjonalnych, a zarazem skutecznych. Jest zakładnikiem PiS. Boi się, że likwidując CBA jako odrębną służbę specjalną, narazi się na oskarżenia PiS, że nie chce walczyć z korupcją. Z drugiej zaś strony nie ma też ochoty skończyć z fikcją, jaką jest antykorupcyjny etat w Kancelarii Premiera obsadzony przez coraz bardziej groteskową minister Piterę.
IPN bawi się nadal za pieniądze podatników. Po śledztwie (przypomnijmy: wszczętym z podejrzeniem, że to zbrodnia komunistyczna!) w sprawie śmierci gen. Sikorskiego w 1943 r., po którym obok ustalenia, że generał w dalszym ciągu nie żyje, pozostała jeszcze jego londyńska trumna przechowywana w magazynie dowodów rzeczowych (?) katowickiego IPN i czarna garsonka prok. Koj uszyta specjalnie na okazję tego śledztwa i jego finału, tj. kolejnego pochówku Sikorskiego, mamy następne śledztwa, jeszcze bardziej absurdalne. Właśnie dowiedzieliśmy się, że IPN prowadził i ostatecznie umorzył śledztwo przeciwko Hitlerowi i Himmlerowi. Jak się okazuje, po żmudnych ustaleniach prokuratorzy IPN stwierdzili, że podejrzani nie żyją! Z ogólnodostępnych źródeł historycznych wiadomo, że zarówno Hitler, jak i Himmler popełnili w 1945 r. samobójstwa. Gdyby nawet tym źródłom IPN z właściwej sobie podejrzliwości nie wierzył, to z pierwszej lepszej encyklopedii można by wyczytać, że Hitler urodził się w roku 1889, a Himmler w 1900. Gdyby żyli, ten pierwszy miałby już 120 lat, ten drugi co prawda tylko 109, ale to i tak więcej, niż miewają rekordziści długowieczności w tej części Europy. Śledztwa, jak donosi prasa, umorzono „z powodu śmierci podejrzanych”. Rzecz w tym, że przepis, na który się powołano (art. 17 paragraf 1 pkt 5 kodeksu postępowania karnego), mówi wyraźnie, że gdy oskarżony (podejrzany) zmarł, „nie wszczyna się postępowania, a wszczęte umarza”.
Wygląda na to, że wszczynając te śledztwa, prokuratorzy IPN nie wiedzieli jeszcze, że Hitler z Himmlerem nie żyją, a do encyklopedii zajrzeli dopiero w trakcie śledztwa.
To nie tylko kpina z instytucji prokuratury i śledztwa, nie tylko kpina ze społeczeństwa, za którego pieniądze wyczynia się takie absurdy, ale to uwłacza pamięci ofiar nazizmu! To przecież kpina ze zbrodni hitlerowskich!
Od lat wskazuje się, że w IPN doszło do pomieszania ról historyków i śledczych, ale te dwa umorzone śledztwa pokazują, że to pomieszanie ról doszło już do granic obłędu! Jak długo Platforma będzie to jeszcze tolerować? Czy problem IPN zostanie rozwiązany w nowym roku 2010? Nic tego nie zapowiada. Platforma chce tylko dokonać małego retuszu ustawy o IPN, zmieniając tryb powoływania kolegium tej kuriozalnej instytucji.
Dzika lustracja, dokonująca się z początku z błogosławieństwem hierarchów Kościoła, co łatwo było przewidzieć, uderza teraz w sam Kościół. Dość przypomnieć artykuł Semki w „Rzeczpospolitej” na temat prymasa Muszyńskiego i medialne wypowiedzi Terlikowskiego, wedle którego 20% obecnych biskupów (w tym cała elita Episkopatu Polski!) to byli TW Służby Bezpieczeństwa. W dużej mierze na własne życzenie biskupów głosem Kościoła w Polsce jest teraz głos ojca dyrektora i wspomnianego pana Terlikowskiego, czołowego „katolika świeckiego”. Nie zmieni tego ani zapowiedziana na 2010 r. beatyfikacja Jana Pawła II, ani beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki.
Nic również nie zapowiada, aby w nadchodzącym roku ktoś miał ponieść odpowiedzialność za rozwalenie służb wojskowych i ujawnienie obcym służbom ich tajemnic. Zbrodnia dokonana na tych służbach i na państwie polskim pozostanie, zdaje się, na zawsze już bezkarna.
Już chyba tylko naiwni wierzą, że w 2010 r. zostaną dokonane jakieś poważne ustalenia przez liczne sejmowe komisje śledcze.
Oczywiście rozliczenia z okresem IV RP nie powinny zdominować polityki rządu, nikt tego nie wymagał, ale z drugiej strony, niewskazanie korzeni zła, nieusunięcie tych korzeni jest karygodnym zaniechaniem, które w przyszłości może się zemścić!
W 2010 r. Platforma, a wraz z nią cała ludzkość, zostaną obdarowane kodeksem etyki tej partii. Pracuje nad nim sam poseł Jarosław Gowin. Bardzo jestem ciekaw, czy kodeks ten zakaże np. reklamowania prywatnych szkół wyższych na konferencjach prasowych odbywanych w Sejmie. Regulacja w tym zakresie powinna być dobrze przemyślana, wszak problem ten jest autorowi kodeksu chyba dobrze znany.
Jeśli zważyć, że 2010 r. będzie rokiem kampanii prezydenckich, to przy przyjętych regułach gry politycznej Polacy będą mieli dostatecznie dużo atrakcji i powodów, aby nabrać ostatecznego obrzydzenia do polityków i polityki. Polityków nie byłoby mi żal, tyle że obrzydzenie do polityki skutkować będzie słabnącym zaangażowaniem ludzi w działalność publiczną. Ze szkodą i dla społeczeństwa, i dla państwa.
Obawiam się, że rok 2010 przełomu żadnego nie przyniesie. Jedyne, czego racjonalnie możemy sobie życzyć, to aby nie było gorzej. Na więcej liczyć nie ma co. Rok 2010 najprawdopodobniej będzie kolejnym straconym rokiem.

Wydanie: 1/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy