Dobry ksiądz

Dobry ksiądz

Kler nasz na wszystko znajduje gładką, przekonującą i zamykającą oponentom paszczę odpowiedź. Jest ona przede wszystkim zgodna z tzw. zdrowym rozsądkiem i tylko dla małowiernych lub wtykających nosy w nie swoje sprawy możliwa do podważenia. Niestety, do nich poniekąd należę. Przynajmniej od czasu do czasu. W czarnych komentarzach do pedofilskich czy homoseksualnych (nie mam nic przeciw homoseksualistom, ale jak się ich potępia, to samemu nie należy do nich się zaliczać) skandali wstrząsających od dłuższego czasu Kościołem słyszę do znudzenia: „Księża są częścią społeczeństwa, nic więc dziwnego, że zdarzają się wśród nich takie same przypadki jak we wszelkich zbiorowiskach ludzkich”. Otóż, nie odwołując się nawet do danych wskazujących, że owe „przypadki” są wśród księży niewspółmiernie częstsze niż w większości „zbiorowisk”, na wstępie zaznaczyć należy, że księża katoliccy są grupą specyficzną i od innych znacznie się różniącą.

Zacznijmy od celibatu. Mizoginia Kościoła to jego ideowy wybór. Celibat jednak uderza w samą naturę człowieczeństwa. Księża (tu są rzeczywiście tacy sami jak 99% mężczyzn) odczuwają popęd płciowy. Nie mogąc go legalnie zaspokoić, znajdują sobie niekiedy ujście w przelotnych i tajonych związkach, pozornie normalnych, które jednak – obciążone przekonaniem o grzechu – prowadzą do stresu i ciągłego poczucia niemoralności degradującego uczucie i seks. Częściej wybierają namiastki. To stąd niezdrowe (i nienawistne) zainteresowanie wszystkim, co związane z życiem seksualnym, prokreacją, sposobami zapłodnienia itd. Niemogący mieć tutaj obiektywnego czy realnego doświadczenia księża mianują się nagle ekspertami w tej dziedzinie. Nawet Bogurodzicy nie dają spokoju i ginekologią maryjną zajmują się całe fakultety uczelni wyznaniowych. Obsesje te są jednak szkodliwe, szczególnie gdy Kościół chce je narzucać laickiemu społeczeństwu i penalizować za niezgodność ze swoimi wskazówkami również ludzi myślących inaczej. Gorzej jeszcze, gdy namiastką stają się praktyki wynaturzone, z pedofilią na czele. Fakt, że mogą one stawać się tak częste i niekiedy wręcz systematyczne, wynika również ze specyfiki Kościoła. Jest on bowiem instytucją zamkniętą, niepodlegającą kontroli obywatelskiej, kultywującą tajność i wewnętrznie solidarną w najzupełniej mafijnym tego słowa znaczeniu. Dzięki temu wszystko, co się dzieje w instytucjach eklezjalnych (w szczególności pedagogicznych), na plebaniach, w kółkach ministranckich, może być zachowywane w tajemnicy, a w innych przypadkach „zamiatane pod dywan”.

Jan Paweł II nie interweniował nawet w przypadkach drastycznych – a dzisiaj już wiadomo, że jemu znanych – na pewno nie z sympatii dla winnych, ale w obronie swoiście rozumianego dobrego imienia Kościoła. Zdobna w miłosierdzie i wstrzemięźliwość fasada okazywała się ważniejsza niż krzywda jakichś tam maluczkich. Dopiero wielkie kompromitacje w gronie kleru amerykańskiego, najszczodrzej finansującego Watykan, i w superkatolickiej dotąd Irlandii, zmusiły Stolicę Apostolską i lokalne episkopaty do nieśmiałej reakcji. Bo trudno przecież mówić o rzeczywistej próbie oczyszczenia się czy dotkliwych karach. W Polsce np. najbardziej już skompromitowani księża pedofile, w tym recydywiści, są przenoszeni do innych parafii, niekiedy odbiera im się drobne przywileje. Jeżeli wyjątkowo sprawa jest tak znana, że trafia do sądu państwowego, ksiądz przestępca i tak może liczyć na wyrok minimalny, najczęściej w zawieszeniu, czyli nieegzekwowany. Nie wspominając o pomniku uwieczniającym zasługi, który wystawią mu wdzięczne owieczki, pomimo „że coś tam od dawna mówiono”. Na marginesie protestów w sprawie takiej figury prezydent Gdańska (który wcześniej zgodził się na jej postawienie, acz musiał słyszeć już wtedy niejedno) zwrócił się o wyjaśnienia do abp. Głódzia. Doprawdy, świetny sobie wybrał adres, abp Głódź słynie przecież z poszanowania dla maluczkich, walki z wszelkim brakiem wstrzemięźliwości i skruchy za grzechy Kościoła.

Słyszę raz po raz od moich znajomych, w tym ludzi, których szanuję i wysoko cenię, że owszem, kler pojmowany jako grupa społeczna dosyć się w Polsce rozbestwił, ale oni znają takiego lub takich przyzwoitych, mądrych, a nawet ubogich księży – tutaj najczęściej padają nazwiska. Zapewne, niczego nie należy uogólniać, zdarzają się księża przyzwoici, mądrzy, a nawet, w co najtrudniej uwierzyć, ubodzy. Jak jednak zachowają się owi przyzwoici, lecz żyjący w twardo zhierarchizowanym światku, wobec wyraźnego nakazu biskupa? Czy skalają własne gniazdo, informując kogo trzeba o zwyrodnieniu niektórych kolegów po fachu, a tym bardziej przełożonych? Czy zaangażują się w walkę z przekraczaniem przez Kościół jego kompetencji i jawną rydzykoidalną chciwością? Czy podzielą się ze światem zewnętrznym wiedzą o tym, co pod dywanem? Jakoś dziwnie w to wątpię. Mogę podziwiać ich wiedzę teologiczną, uznawać, że sami są na co dzień bardzo porządnymi ludźmi, ale z zaufaniem jeszcze bym poczekał.

Toteż życzę wszystkim Czytelnikom przemiłych świąt przy choince, w zdrowiu, szczęściu, obfitości i bez księdza po kolędzie.

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy