„Wojna secesyjna” w Europie? Nigdy!

„Wojna secesyjna” w Europie? Nigdy!

Tadeusz Kotarbiński, wielki uczony mimo że filozof, głosił w wystąpieniu radiowym w 1973 roku: „Marzy mi się taki układ świata, iżby każdy mógł wszędzie na globie ziemskim czuć się jak u siebie, a jest to marzenie bynajmniej nie utopijne, choć długodystansowe”. Wierzył, że warunki spełnienia się tego marzenia zachodzą samorzutnie „poprzez wzrost wiedzy, przyspieszony rozwój techniki, ekspansję gospodarczą, organizację wszystkich działań ludzkich”. W świetle tych przemian jedność ludzkości jest tyleż potrzebą, co koniecznością. „Każdy bowiem z zamieszkanych zakątków pozostaje w rosnącej zależności od wszystkich innych, a zależność ta zmierza do przejścia w dylemat: albo wzajemna pomoc powszechna, albo zdruzgotanie wszystkiego w skali światowej”. Myślę, że w „zdruzgotanie wszystkiego” Kotarbiński nie wierzył, użył tego zwrotu dla efektu retorycznego. W przytoczonych zdaniach wyraża się credo najwybitniejszych myślicieli jego pokolenia i równie dobrze mógłbym się powołać na Bertranda Russella, H.G. Wellsa czy Einsteina. Russell był może bardziej niecierpliwy, bo snuł już rozważania na temat rządu światowego. Widział dwie możliwości: albo taki rząd powstanie w wyniku porozumienia narodów, albo zostanie narzucony przez Stany Zjednoczone. Dla Russella obie te możliwości były jednakowo dobre – mniej więcej.
Od cytowanej wypowiedzi Kotarbińskiego nie minęło więcej niż kilka lat, a już pojawiły się książki alarmujące o rozpadzie społeczeństw europejskich w wyniku przemieszczania się do Europy wielkich mas ludzkich o innej religii, odmiennej kulturze i innym niż zachodni stylu życia.
Pojawił się drugi obieg publikacji wieszczący rzekomo nieuchronne starcie rdzennych Europejczyków z imigrantami naturalizowanymi lub nie, legalnymi lub nielegalnymi, rozróżnienie nieważne, bo przyczyną ma być obcość etniczna i kulturowa, a nie status prawny. Wojna francusko-algierska – mówiono – trwa nadal, lecz już na terytorium Francji.
Polityka rządów, system edukacyjny i media zrobiły dużo, aby te ponure przewidywania się nie sprawdziły. Jeżeli teraz rządy przyznają, że polityka wielokulturowości zawiodła, to nie znaczy, że zrezygnowały ze strategii asymilacyjnej. Będzie ona, bo niemal musi być, prowadzona przy pomocy innych, skuteczniejszych środków.
Marginesowy do niedawna, pesymistyczny „drugi obieg” przebija się od czasu do czasu do wielkich mediów (Oriana Fallaci, Sarrazin), ale wpływu na działania rządów nie wywiera, ponieważ zasadniczy kierunek tych działań jest przejawem konieczności, a nie swobodnego wyboru. Środkami demokratycznej władzy politycznej nie można oddziałać na tak żywiołowe zjawisko jak globalna migracja ludności.
Morderstwa popełnione przez Norwega Breivika mogą zwrócić uwagę (chociaż wcale nie muszą) na margines marginesu, jakim są poglądy skrajnych pesymistów, którzy głoszą, że żadnego masowego i gwałtownego starcia rdzennych Europejczyków (zachodnich, bo tylko o nich chodzi) z przybyszami nie będzie, jak by sobie może tego życzyli ludzie o skłonnościach rasistowskich, zanosi się natomiast na coś jeszcze gorszego, jeszcze bardziej destrukcyjnego, a mianowicie wojnę domową między samymi rdzennymi Europejczykami na tle stosunku do imigracji i jej wielorakich skutków. Mówią oni: wieczny pokój społeczny jest trudny do uwierzenia. Obecne warunki życia i współżycia Europejczyków są zbyt piękne i zbyt sielankowe (kierunek migracji dowodem), aby można je uznać za trwałe. To prawda, że konflikty klasowe osłabły prawie do zera, zlaicyzowana, zdechrystianizowana Europa z obojętnością patrzy na meczety w centrach swoich miast, religia jest dla niej niczym; nacjonalizmy kwitną w pokomunistycznej części Europy, o nią tu nie chodzi, zachodnioeuropejska świadomość narodowa sprowadza się do różnic negocjowalnych interesów. Czyżby zachodnim Europejczykom już z żadnej przyczyny bebechy się nie przewracały? Jest jedna taka przyczyna – mówią ci ze skrajnego drugiego obiegu: jest nią stosunek do imigracji. Jedni są gniewnie za, drudzy są gniewnie przeciw, i tu się rodzi prawdziwa wrogość polityczna, podczas gdy sami przybysze budzą wśród miejscowych tylko apolityczną niechęć i zniecierpliwienie. Miałoby się dokonać starcie podobne do amerykańskiej wojny secesyjnej, w której w dużym stopniu chodziło o Murzynów, ale wojnę stoczyli ze sobą biali.

Z doniesień prasowych zaciekawiła mnie informacja, jakich mistrzów myślenia obrał sobie norweski terrorysta, jakie książki kształtowały jego wyobrażenia o cywilizacji zachodniej, której z poświęceniem cudzego życia postanowił bronić. John Locke, Adam Smith, John Stuart Mill – reprezentanci najświatlejszego nurtu myśli zachodniej, których kontynuatorami byli wspomniani wyżej i Tadeusz Kotarbiński, i Bertrand Russell. Do tego Orwell, który dodawał otuchy przeciwnikom systemów przemocy. Dla kogo innego jest to może bez znaczenia, mnie, nauczyciela akademickiego wykładającego m.in. historię idei, fakt ten zastanowił i jakoś zdziwił. Nie jako przypadek niespotykany – przeciwnie, jako pod pewnym względem niepokojąco często się powtarzający: nowe pokolenia tak w Polsce, jak w innych krajach coraz mniej rozumieją klasyczne dzieła europejskiej myśli. Następuje głębokie zerwanie z tradycją oświeceniową, myśliciele będący dla wielu pokoleń wzorem logicznego myślenia, jasności i jednoznaczności stali się przedmiotem dość dowolnych interpretacji w sferze akademickiej i często zupełnego niezrozumienia poza nią. Dlaczego miałbym sobie odmówić wygłoszenia na koniec tego banału?

Wydanie: 31/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy