Degrengolada szkolnej humanistyki

Degrengolada szkolnej humanistyki

Maturzysta w roku 1952 mógł sobie wybrać takie oto zadanie z języka polskiego: „Rozwiń myśl zawartą w słowach Prezydenta Bieruta: Nowa Konstytucja Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej stanowić będzie dla narodu wielką Kartę zwycięstwa w walce o wyzwolenie narodowe i społeczne, o zrzucenie kajdan obcej niewoli, o zrzucenie kajdan kapitalizmu, o sprawiedliwość społeczną, o socjalizm”. Próbuję domyślać się, co się działo w mózgu maturzysty, który wybrał ten temat. Do niczego w tych domysłach nie dochodzę. W tym roku w województwie śląskim był zadany na maturze m.in. taki oto temat: „”W dziejowej mowie o Bogu słychać trzask łamanych i na nowo składanych słów”. Słowa księdza Józefa Tischnera uczyń myślą przewodnią interpretacji utworów literackich podejmujących motyw Boga”. I znowu próbuję domyślać się, co się działo w mózgu maturzysty i znowu do niczego nie dochodzę. Zmieniają się czasy, zmieniają się ustroje i panujące światopoglądy, zmieniają się także tematy zadań maturalnych, ale nie ma, jak się okazuje, matury bez dodatku absurdu. Ogromna większość zadań maturalnych z polskiego świadczy, że młodzież nie dopiero na studiach humanistycznych, lecz już w liceum jest przyzwyczajana do intelektualnej nieodpowiedzialności, już tam nabywa przekonania, że wtajemniczenie w wyższe rejony ducha uzyskuje się za pomocą wysilonej werbalistyki.
Podstawą wykształcenia humanistycznego w Polsce jest literatura fabularna oraz poezja liryczna i retoryczna. To zawsze stanowiło słabą podstawę wykształcenia, ale w czasach zaborów miało jakieś uzasadnienie. Już w okresie dwudziestolecia międzywojennego było krytykowane, dziś jest dziwactwem. Trudno zarzucić szkole, że ona jakieś treści wprowadza do nauczania. Nie zaszkodzi przecież młodzieży z województwa dolnośląskiego przeprowadzenie „analizy i interpretacji porównawczej wiersza Juli Hartwig „Kot Maurycy”” ani młodzieży podlaskiej rozmyślanie nad gnomą Marii Janion: „Każdy ma swoją jedyną melodię istnienia”. Niech się głowią, niech myślą. Rzecz w tym, że myśli się jedynie wówczas, gdy się chce uniknąć błędu. Czy nauczyciel, nawet gdyby nim był Leszek Kołakowski, potrafił rozróżnić, kiedy uczeń ma rację, a kiedy się myli, mówiąc to czy tamto na temat: „w dziejowej mowie o Bogu słychać trzask łamanych i na nowo składanych słów”? Nie można się tu choćby powołać na licencję poetycką, bo jest to zdanie prozą.
Na lekcjach polskiego bardzo jest obecny Zbigniew Herbert. Jego wiersze rzeczywiście mogą być niezłym wprowadzeniem w polskie i uniwersalne symbole kultury. Z książki instrukcyjnej dla nauczycieli dowiaduję się, że jest on prezentowany młodzieży przede wszystkim jako mentor i autorytet polityczny. Zaleca się uczniom jego list otwarty do prezydenta Czeczenii: „Panie Prezydencie! W dramatycznych dniach, jakie przeżywa Niepodległa Republika Czeczenii, przesyłamy na Pana ręce, Panie Prezydencie, wyrazy solidarności oraz naszego pełnego moralnego poparcia. (…) Walczyliśmy podobnie jak Wy w przeraźliwej pustce otaczającego nas świata…” itp. Cytuję wg: „Scenariusze lekcji języka polskiego. Klasa IV szkoły średniej”, wyd. „In”, s. 257, r. 2001. To opracowanie świadczy, nawiasem mówiąc, o wysokim poziomie językoznawczej części polonistyki w szkole średniej. Przynajmniej wymagania są wysokie. Po 11 Września patos moralnościowy tego listu jest już śmieszny. Może i dobrze się dzieje, że sztandarowy absolutysta niechcący uczy młodzież politycznego relatywizmu. Mam nadzieję, że relatywizm udzieli się również dzieciom z diecezji tarnowskiej, które w sprawie Czeczenii były indoktrynowane w punktach katechetycznych.
Tegoroczne tematy maturalne obejmują przeważnie utwory autorów drugorzędnych i są bardzo często mętnie sformułowane. („Odnieś się do tego spostrzeżenia, odszukując (?) w dziełach wybranych twórców te idee i problemy, które były znakami czasów, w jakich żyli”. Jak Boga kocham, coś takiego na maturze w peerelowskiej szkole byłoby niedopuszczalne!). Dziwi mnie, że Miłosz jest uwzględniany wyłącznie jako poeta, gdy w rzeczywistości wybitniejszy jest jako eseista. Jego eseje mogą być kształcące, czego nie mógłbym powiedzieć o jego wierszach. Na poziomie szkolnym są one taką samą podnietą do snucia dowolnych skojarzeń jak wiersze innych współczesnych i niewspółczesnych poetów. Szkoła uparcie nie przyjmuje do wiadomości tego, co Miłosz sam o swojej poezji stanowczo twierdzi, że mianowicie jest ona pisana dla wąskiego kręgu znawców. W założeniu elitarna i ezoteryczna, a w rzeczywistości wbijana do głów setkom tysięcy, ba! milionom mało kulturalnych uczniów. Brakuje mi tu elementarnego realizmu pedagogicznego.
Czego mi jeszcze i o wiele bardziej w tematyce maturalnej brakuje, to klasycznych pisarzy europejskich. Jedno zadanie pretekstowo nawiązuje do Szekspira, ani jednego o Goethem, o Dostojewskim, o Pascalu, o Balzaku, o Tołstoju, o Heinem, o Russie, Wolterze, nie mówiąc już o tragikach greckich.
Gdybym miał w duchu panującej dowolności przełożyć swój sąd o tematach prac maturalnych na wrażenia zmysłowe, powiedziałbym, że czuję w nich coś skisłego i spleśniałego.

Wydanie: 20/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy